Ariana | Blogger | X X

środa, 31 stycznia 2018

082. Moje muzyczne podsumowanie miesiąca: STYCZEŃ'18


I. NAJLEPSZE (ULUBIONE) UTWORY, KTÓRE UKAZAŁY SIĘ W STYCZNIU

JUSTIN TIMBERLAKE - SUPPLIES & SAY SOMETHING
Największy powrót w styczniu zaliczył Justin Timberlake. Wokalista przymierza się do wydania swojego piątego studyjnego krążka, w związku z czym, uraczył nas trzema nowymi numerami. Ja najbardziej polubiłam Supplies i Say Something. Pierwsza z piosenek to, wyprodukowana przez Pharrella Williamsa, bardzo stylowa, świetnie brzmiąca kompozycja, utrzymana w nowoczesnej, rhythmandblues'owej stylistyce. Druga zaś, powstała we współpracy z amerykańskim wokalistą Chris'em Stapleton'em. Jest to gitarowy utwór, łączący dźwięki muzyki country z delikatnym pop rockiem. Niezwykle przyjemnie się go słucha, szczególnie ze względu na bardzo dobry, chwytliwy refren. Z niecierpliwością czekam na album Justina. 

TINASHE - NO DRAMA (FT. OFFSET)
Muzyczny powrót zaliczyła także Tinashe. Niedawno minął rok od ukazania się drugiego krążka piosenkarki Nighride. Aktualnie wokalistka pracuje nad trzecim wydawnictwem. Album, prawdopodobnie, ukaże się już w marcu. Artystka kilkanaście dni temu, za pomocą social mediów, poinformowała fanów, że w najbliższym czasie ukażą się jej trzy nowe numery. Pierwszy z nich poznaliśmy w styczniu. Piosenka nosi utwór No Drama, a wokalistce towarzyszy w niej raper z grupy Migos - Offset. Jest to dobra kompozycja. Fajny bit plus przebojowy, chwytliwy refren dają przyzwoitą całość. Może nie jest to jeszcze szczyt możliwości Tinashe, ale i tak jest lepiej od niewypałów takich jak Player czy Superlove

CAMILA CABELLO - SHE LOVES CONTROL
Bardzo udany debiut zaliczyła Camila Cabello. Była wokalistka Fifth Harmony wydała solowy krążek, na którym znaleźć można kilka perełek. Jedną z nich jest bez wątpienia She Loves Control. Kompozycja ta została wyprodukowana przez Skrillex'a. Numer jest bardzo świeży, lekki i energetyczny. To klubowy banger, przy którym można się pobujać. Według mnie, to kandydat numer jeden na zostanie kolejnym singlem. Ma ogromny radiowy potencjał i może zostać przebojem na miarę Havany. Cieszę się, iż mimo obaw, sięgnęłam po debiutanckie wydawnictwo młodziutkiej wokalistki, ponieważ to dawka porządnej, stylowej, popowej muzyki. 

BRUNO MARS - FINESSE REMIX (FT. CARDI B)
Bruno Mars postanowił dalej promować swoje trzecie wydawnictwo, zatytułowane 24K Magic. Uważam, że ta decyzja, w dużej mierze spowodowana jest nagrodami Grammy, do których wokalista nominowany jest (był) m.in. w kategorii Album Roku. Niezłym, a nawet bardzo dobrym chwytem marketingowym, okazało się zaproszenie do singla Finesse, raperki Cardi B. Przyznam szczerze, że nie przepadam za jej hitem Bodak Yellow i nie do końca byłam przekonana, czy jej udział w numerze Marsa będzie trafiony. Jak się okazało, artystka wniosła do kompozycji wiele świeżości. Ponadto, do piosenki powstał bardzo fajny, oldschool'owy klip, przywołujący na myśl amerykańskie show z lat 90-tych. 

Wyróżnienia: ENRIQUE IGLESIAS - EL BANO (FT. BAD BUNNY), KENDRICK LAMAR - ALL THE STARS (FT. SZA), CAMILA CABELLO - SOMETHING'S GOTTA GIVE

II. ALBUMY, KTÓRE POZNAŁAM W STYCZNIU

Styczeń nie był dla mnie bogaty w nowości. Moją uwagę skupiały głównie starsze wydawnictwa. Czego słuchałam? Przede wszystkim r&b. Wkradło się także nieco popu i electropopu. Łącznie przesłuchałam osiem, dotąd nieznanych dla mnie płyt oraz trzy epki. Początek miesiąca upłynął mi z krążkiem Take Me Apart Keleli (2017). Jest to bardzo dobry album, utrzymany w rhythmandblues'owej stylistyce, w którym doszukać się można nieco klubowych brzmień. W styczniu skusiłam się także na debiutancką płytę Ciary. Goodies (2004) urzekło mnie swoim niepowtarzalnym klimatem. Fajnie było powrócić do wczesnych lat dwutysięcznych. Dziś jest to pewien oldschool, ale ja takie brzmienia uwielbiam. Jedyną "nowością" w tym zestawieniu jest pierwszy solowy krążek Camili Cabello. Polubiłam go za świeżość, lekkość i przebojowość. Postanowiłam również poznać American Teen Khalid'a (2017), ale ciągle jestem w trakcie wyrabiania opinii na temat tej płyty.


W styczniu skusiłam się na pierwsze wydawnictwo zespołu Pussycat Dolls. Oczywiście, znałam wcześniej każdy ich singiel, jako nastolatka bardzo je lubiłam, ale nigdy wcześniej nie słuchałam ich albumu "od deski do deski". PCD (2005) naładowane jest pozytywną energią, numery są zadziorne, z pazurem, ale momentami także subtelne. W styczniu zapoznałam się także z debiutanckim krążkiem Miguel'a. All I Want Is You (2010) nie jest jego najlepszą płytą, ale jest naprawdę dobra, przyjemna. Podobnie mogę opisać materiał Trey'a Songz'z. Trigga: Reloaded (2015) zaskoczyło mnie swoją przebojowością i niezłymi bitami. W ostatnich dniach stycznia zapoznawałam się z najnowszych wydawnictwem Lorde. Melodrama (2017) spodobała mi się. Zaczynam rozumieć wszystkie "achy" i "ochy" nad tym albumem. Na koniec wspomnę o trzech epkach, które było mi dane poznać. It's Not That Deep (2017) od Olivi O'Brien nie wpasowało się w moje gusta. Brzmi nudnie, nijako. Odrobinę lepiej jest w przypadku I Don't Wanna Grow Up (2015). Bebe Rexha nie zachwyca, ale chociaż nie nudzi. Dużo ciekawiej prezentuje się Olivia Holt. Jej imienny materiał jest naprawdę solidny. To porządna dawka współczesnego, elektronicznego popu.


III. PODSUMOWANIE STYCZNIA WG LAST.FM

TOP 5 PIOSENEK
1. Miguel - SimpleThings
2. Tinashe ft. Offset - No Drama
3. Krzysztof Zalewski ft. Natalia Przybysz - Jak Dobrze
4. Miguel - Sure Thing
5. Khalid - Young Dumb & Broke

TOP 5 ARTYSTÓW
1. Miguel
2. Camila Cabello
3. Organek
4. The Pussycat Dolls
5. Trey Songz

TOP 5 ALBUMÓW
1. Camila Cabello "Camila"
2. The Pussycat Dolls "PCD"
3. Ciara "Goodies"
4. Krzysztof Zalewski "Złoto"
5. Trey Songz "Trigga: Reloaded"

niedziela, 28 stycznia 2018

081. Recenzje EP'ek: OLIVIA O'BRIEN, OLIVIA HOLT, BEBE REXHA

OLIVIA O'BRIEN - It's Not That Deep (2017)
Olivia O'Brien jest amerykańską wokalistką i autorką tekstów. Młodziutka wokalistka zasłynęła w roku 2016, kiedy to gościnnie wystąpiła w numerze I Hate U, I Love U producenta, ukrywającego się pod pseudonimem Gnash. W listopadzie 2017 roku, ukazała się jej debiutancka epka, zatytułowana It's Not That Deep. Przyznam szczerze, że nie sięgnęłabym po ten materiał, gdyby nie pojawił się w Waszych zgłoszeniach. Dlaczego? Przede wszystkim, w ogólne nie przyciąga mnie osoba wokalistki, a ponadto okładka epki, mimo że przykuwa uwagę, to nie zachęca do włączenia.

Co znajdziemy na krótkim debiucie młodziutkiej piosenkarki? Mamy tu pięć popowych kompozycji, gdzieniegdzie zahaczających o rhythmandblues'owe brzmienia. Na początek weźmy numer otwierający epkę - Tequilawine. Ma fajny, lekki bit, którego przyjemnie się słucha. Nie jest to jednak piosenka, którą chciałabym włączyć jeszcze raz. Dużo bardziej spodobała mi się kompozycja Fuck Feelings, w której wokalistka bawi się swoim głosem. Raz śpiewa delikatnie, żeby potem zaskoczyć mocniejszym wokalem. Refren jest prosty, nieskomplikowany, co w tym przypadku jest atutem. Nie przekonuje mnie natomiast Empty. Jest to utwór z emocjonalnym, niezłym tekstem, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Nie twierdzę, że jest źle zaśpiewany, ale uważam, iż wokalistka ma problem z przekazywaniem emocji. Lepiej jest w przypadku No Love, gdzie usłyszeć można bardzo ładną melodię, zaaranżowaną na pianino. Debiutancką epkę piosenkarki zamyka R.I.P. To przebojowy numer, w którym doszukać się można rhythmandblues'owych inspiracji.

Materiał Olivii O'Brien nie zrobił na mnie wrażenia. Nie jest to muzyka, do której chciałabym wracać. Kompozycje są proste, nie zawierają nic, czego wcześniej bym nie słyszała. Brakuje mi tu emocji i zabawy. Numery są raczej odśpiewane niż zaśpiewane. Nie słucha się ich z ogromną przyjemnością. Mimo, że nie miałam większych oczekiwań, związanych z tym materiałem, to jestem rozczarowana, bo nie lubię tracić czasu na słabszą muzykę.
MOJA OCENA: ⭐⭐
Najlepszy utwór: Fuck Feelings


OLIVIA HOLT - Olivia (2016)
Olivia Holt zaczynała swoją przygodę z show biznesem jako gwiazdka Disney'a. Wystąpiła w kilku młodzieżowych produkcjach filmowych i serialowych. Postanowiła także spróbować sił w muzyce. Tak oto, w roku 2016 ukazała się jej debiutancka epka, nosząca prosty tytuł - Olivia.

Na pierwszy, poważniejszy materiał młodej gwiazdki trafiłam przypadkowo. Pozytywne opinie na jego temat, sprawiły, że postanowiłam go przesłuchać. Na epkę Olivia składa się pięć piosenek, łączących nowoczesny pop z elektronicznymi brzmieniami. Krążek otwiera kompozycja Phoenix. Jest to dobrze, emocjonalnie zaśpiewany numer, w którym electropopowe brzmienia, połączono z delikatnymi dźwiękami gitary. Stylowo brzmi, nico zadziorne Thin Air, gdzie wokalistce towarzyszy Jordan Fisher. Na albumie najdziemy również utwór autorstwa Julii Michaels. Mam tu na myśli emocjonalną, balladową piosenkę In The Dark, w której zastosowano nowatorskie, elektroniczne rozwiązania. Przyznam, że w tym przypadku, nie do końca się one sprawdzają. Dużo bardziej podoba mi się ciekawe What You Love. To kompozycja, w której uwagę przykuwają stonowane, delikatnie zaśpiewane zwrotki, połączone z klubowym bitem w refrenie. Ku mojemu zaskoczeniu, brzmi to naprawdę dobrze. Nie najgorzej wypada numer History, zamykający epkę. Jest przebojowy i pozostaje w pamięci.

Debiut młodziutkiej gwiazdy Disney'a jest solidny. Mam wrażenie, że pomimo swojego młodego wieku, wokalistka jest świadoma swojej twórczości i wie dokąd zmierzać ma jej muzyka. Numerów, zawartych na albumie, słucha się przyjemnie. Pozostawiają po sobie dobre wrażenia i nie nudzą słuchacza. Może nie są odkrywcze i nietuzinkowe, ale mają to coś, sprawiające, że słucha się ich z lekkością. Porządne wykonanie, fajne, stylowe melodie i ciekawe teksty robią swoje.
MOJA OCENA: ⭐⭐⭐⭐
Najlepsze utwory: Phoenix, What You Love


Bebe Rexha - I Don't Wanna Grow Up (2015)

Jeszcze niedawno, Bebe Rexha pisała numery, wyłącznie dla innych artystów. Jest autorką m.in. The Monster Eminema i Rihanny, czy też All Hands In Deck Tinashe. Sławę przyniosły jej kolaboracje z Davidem Guettą (Hey Mama), G-Eazy'm (Me, Myself And I) czy też Martinem Garrix'em (In The Name Of Love).

Bebe Rexha swoją pierwszą epkę wydała w 2015 roku. Składały się na nią kompozycje, utrzymane w electropopowej stylistyce. Najbardziej spodobały mi się dwie pierwsze piosenki. Tytułowe I Don't Wanna Grow Up to spokojny, fajnie wykonany numer, w którym do głosu dochodzi delikatna, wrażliwa strona wokalistki. Podobnie jest w przypadku utworu Sweet Beginnings, gdzie stonowany początek, połączono z mocniejszym, emocjonalnym rozwinięciem. Nieco gorzej jest z piosenką I'm Gonna Show You Crazy. Nie przekonuje mnie ta kompozycja, głównie ze względu na refren, w którym Bebe nie brzmi korzystnie. Pray wyróżnia się mocną linią melodyczną, ale nie jest to numer, do którego chętnie będę wracała. Plusem jest zaskakujący, gitarowy bridge. Najgorszym numerem na tym albumie jest I Can't Stop Drinking About You, utrzymany w klubowej, electropopowej stylistyce. Najsłabszym jego punktem jest irytujący refren. Nie wiem co takiego ma w sobie Bebe Rexha, ale bardzo szybkie, taneczne numery w jej wykonaniu bardzo często mnie denerwują.

I Don't Wanna Grow Up nie jest udanym debiutem. Bardziej od tej epki spodobały mi się obydwie części All Your Fault. Mimo to, muszę przyznać, iż recenzowany materiał zawiera lepsze momenty. Są nimi dwie pierwsze kompozycje, które ukazują wokalistkę od bardzo dobrej strony. Emocjonalność i subtelność są atutami artystki. Natomiast przekombinowane, electropopowe numery, utrzymane w szybszym, bardzo żywiołowym tempie, nie wychodzą jej.

MOJA OCENA: ⭐⭐+
Najlepsze utwory: I Don't Wanna Grow Up, Sweet Beginnings

sobota, 20 stycznia 2018

080. Recenzja: CAMILA CABELLO 'Camila' (2018)

Camila Cabello, a właściwie Karla Camila Cabello Estrabao, urodziła się 3 marca 1997 roku w Hawanie na Kubie. Dorastała w Miami, gdzie zaczynała karierę muzyczną. Za sprawą programu X Factor, w 2012 roku wokalistka stała się częścią grupy Fifth Harmony. Występowała z zespołem przez cztery lata. W grudniu 2016 roku ogłosiła, że opuszcza formację.

Pierwszy solowy singiel, Cabello zaprezentowała światu w maju 2017 roku. Crying In The Club nie narobił jednak większego zamieszania na listach przebojów. Piosenka okazała się niewypałem, ale nie zniechęciło to młodziutkiej wokalistki. Wydała dwa kolejne numery - OMG i Havana. I to właśnie ten drugi okazał się być strzałem w dziesiątkę. Utwór zdobył ogromne uznanie słuchaczy, co spowodowało, że piosenkarka wyrzuciła część materiału do kosza i zaczęła od nowa komponować debiutancki krążek. Kilka tygodni przed premierą płyty, artystka ogłosiła, że jej pierwsze solowe wydawnictwo będzie nosiło nazwę Camila, a nie tak jak początkowo planowano The Hurting. The Healing. The Loving. Wśród piosenek, składających się na debiut Cabello nie znalazły się ani Crying In The Club, ani OMG. Pominięto także balladę I Have Questions, która miała swoją premierę kilka miesięcy temu.


Na albumie Camila, znaleźć można dziesięć kompozycji. Wszystkie utrzymane są w delikatnej, bardzo przyjemnej, popowej stylistyce. Przyznam, że podchodziłam do tego krążka z lekką obawą. Dlaczego? Przyczyną jest wokal piosenkarki. Nigdy nie byłam fanką jej głosu, co gorsza -  irytował mnie. Na swoim debiutanckim krążku, wokalista brzmi nieźle. Często bawi się swoim głosem, co ma swoje lepsze i gorsze strony. Jednakże, nie jest monotonnie, ani nudno. A to jest ogromny plus.

Album otwiera przebojowa piosenka Never Be The Same. To ciekawa kompozycja, z wpadającym w ucho refrenem. Jest to jeden z tych numerów, w których Camila prezentuje słuchaczom swoją inną, nową wokalną stronę. Do moich ulubionych momentów z płyty zaliczam, wyprodukowane przez Skrillex'a She Loves Control. Jest to świetnie brzmiący utwór, z ogromnym radiowym potencjałem. Według mnie, to najlepszy kandydat na singiel. Piosenka jest przebojowa, bardzo taneczna, a ponadto, stylistyką zahacza o reggaeton. Jedną z lepszych kompozycji jest również zmysłowa Havana. Połączenie latynoskich brzmień z popem, okazało się być idealnym rozwiązaniem. Warto sięgnąć po świetnie wyprodukowane Into It, za które odpowiada m.in. sam Ryan Tedder. Po raz kolejny, wokalistka zaskakuje tu swoim głosem, a melodia pozostaje w pamięci.
"The gravity can't hold us, your hands are outer space
I can't make sense of nothing and words just get in the way"
Mocną stronę krążka, stanowią również akustyczne i balladowe numery. Najbardziej spodobały mi się Real Friends i Something Gotta Give. Pierwsza to bardzo przyjemna, prosta kompozycja, pozbawiona zbędnych kombinacji. Ma nieco refleksyjny charakter, a zaaranżowano ją na gitarę akustyczną. Druga zaś, to melancholijna piosenka, w której młodziutka wokalistka doskonale przekazuje, towarzyszące jej emocje. Co jeszcze przykuwa uwagę na debiucie artystki? Przede wszystkim emocjonalne Consequences, które czaruje ładnymi dźwiękami pianina, a także subtelne, gitarowe All These Years. Spodobał mi się również numer In The Dark. Przebojowy, fajnie brzmiący refren, poprzedzony jest tu spokojnym wstępem. Jedyną piosenką, która mnie nie przekonuje jest Inside Out. Refren w tej kompozycji jest słaby, monotonny. Podobają mi się wyłącznie wstawki w języku hiszpańskim, będące ciekawym zabiegiem. 

Solowy debiut Camili Cabello jest ciekawym doznaniem. Nigdy nie lubiłam tej wokalistki, dlatego nie emocjonowałam się premierą tego albumu. Aczkolwiek, przesłuchałam go z przyjemnością. Jest to delikatny, nienachalny pop. Materiał zawarty na krążku, opowiada przede wszystkim o miłości i przyjaźni. Głos artystki brzmi dobrze, a momentami nawet bardzo dobrze. Wokalistka nie męczy mnie swoją barwą, co miało często miejsce w twórczości Fifth Harmony. Numery są nieźle wyprodukowane  i porządnie skomponowane. Może nie ma tu większych fajerwerków, ale przyjemnie się ich słucha. Camila nagrała album, który idealnie pasuje do dwudziestoletniej kobiety. Jest lekki, subtelny, pozbawiony ciężkich i przekombinowanych brzmień. 

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐⭐
Najlepsze utwory: She Loves Control, Havana, Real Friends, Something Gotta Give

niedziela, 14 stycznia 2018

079. Z naszego podwórka: ORGANEK, KRZYSZTOF ZALEWSKI (recenzje)


Cześć! Witam Was po raz drugi w tym roku. Postanowiłam wprowadzić na bloga nową serię, która dotyczyć będzie polskiej muzyki. Jest to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie, bo do tej pory, na blogu pojawiła się tylko jedna polska płyta, a jak wiadomo - nie słucham na co dzień naszych wykonawców. Polska muzyka, przede wszystkim współczesna, jest mi raczej obca, ale postanowiłam dać jej szansę. Nie będą to typowe, obszerne recenzje, tylko krótsze notki, z moją opinią. Tak więc rozpoczynam nowy cykl  - Z naszego podwórka. Na początek - grupa Organek i Krzysztof Zalewski! Zapraszam do lektury. :)

ORGANEK - Głupi (2014)

Formacja Organek powstała w 2013 roku. Jej założycielem jest wokalista Tomasz Organek, który wcześniej grał m.in. w zespole SOFA. W skład grupy wchodzą także: basista Adam Staszewski, perkusista Robert Markiewicz oraz klawiszowiec Tomasz Lewandowski. Debiutancki krążek formacji, ukazał się 12 maja 2014 roku, nakładem wydawnictwa Mystic Production.

Album Głupi składa się z jedenastu kompozycji, utrzymanych w stylistyce alternatywnego rocka. Podzielić je można na dwie kategorie. Pierwsza to kompozycje energetyczne, inspirowane rock'and'roll'em, a  druga, kompozycje nieco delikatniejsze, w których doszukać się można inspiracji muzyką blues'ową. Nie ukrywam, że bardziej spodobały mi się numery z tej drugiej grupy. To właśnie od nich zacznę. Do najciekawszych zaliczam piosenkę Nie Lubię. Recytowane zwrotki, niebanalny tekst oraz nieco leniwe wykonanie, sprawiają, że numer owiany jest pewną tajemnicą. Tworzy to klimat, w którym naprawdę można się zatracić. Najmocniejszym punktem utworu jest cudowna melodia, której mogłabym słuchać całymi dniami. Spodobała mi się również kompozycja Italiano. Spokojna, stylowa, zapadająca w pamięć. Ponadto, rozpoczyna się świetnym, gitarowym intro. Nieźle brzmią numery nagrane w języku angielskim - King Of The Parasites oraz Stay. W pierwszej, najbardziej polubiłam linię melodyczną, w drugiej natomiast, urzekło mnie połączenie stonowanych dźwięków z tymi mocniejszymi. W utworze O, Matko! swoje robi gitara, wychodząca na pierwszy plan, w Głupi Ja, do gustu przypadło mi ciekawe tempo. W przypadku numerów mocniejszych, bardziej rock'n'roll'owych, nie jest już tak kolorowo. Najlepiej wypada energetyczne Kate Moss. Jest to jedyny kawałek, który był mi znany przed przesłuchaniem płyty i bardzo lubię do niego wracać. Niestety, nie mogę powiedzieć tego samego o utworze Młodzież Szuka Sensacji. Ciężko mi się go słucha, brakuje mu lekkości. Nie polubiłam kompozycji Autostrada 666, w którym nie dzieje się nic szczególnego. W dodatku, mam problem z dykcją wokalisty. Naprawdę nie rozumiem znacznej części, śpiewanego przez niego tekstu. Dziewczyna Śmierć i Nazywam Się Organek to kompozycje porządne, ale nie będę ukrywać, że nie w moim stylu. Cóż, ja chyba po prostu nie czuję rock'n'roll'a...

Po przesłuchaniu albumu Głupi, towarzyszą mi mieszane odczucia. Z jednej strony, podoba mi się część kompozycji, z drugiej zaś, nie do końca odczuwam potrzebę wracania do nich. Piosenki zawarte na krążku są porządnie zaśpiewane, fajnie napisane, ale przede wszystkim świetnie zagrane. Według mnie, najmocniejszym punktem tego wydawnictwa są melodie. Niemal każdą kompozycję poprzedza instrumentalne intro, co jest bardzo dobrym zabiegiem. Czy żałuję, że sięgnęłam po to wydawnictwo? Nie. Czy często będę do niego wracała? Tylko do kilku kompozycji.

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐+
Najlepsze utwory: Nie Lubię, Stay, Kate Moss


ORGANEK - Czarna Madonna (2016)

Dwa lata po debiucie formacji Organek, ukazał się drugi studyjny krążek zespołu. Album Czarna Madonna, promowany był singlem Mississippi W Ogniu, za który grupa odebrała Fryderyka w kategorii Utwór Roku.

Na album składa się dwanaście numerów. Podobnie jak na debiucie, dominuje tu alternatywny rock. Aczkolwiek, materiał zawarty na drugim krążku, wydaje mi się być bardziej spójny, poukładany. Omawianie poszczególnych kompozycji zacznę od tych najlepszych, które najbardziej przypadły do mojego gustu. Przede wszystkim, wymienić tu muszę Mississippi W Ogniu. Numer charakteryzuje się świetną warstwą tekstową oraz bardzo przebojową, stylową linią melodyczną. Nie mogę się uwolnić od tej piosenki, dlatego powracam do niej tak często, jak jest to możliwe. Podobnie jest w przypadku ciekawego Ki Czort, w którym bardzo pomysłowo, wykorzystano wokal Nergala. Jest to genialna kompozycja, w której wszystko, począwszy od tekstu, a na melodii kończąc, stoi na najwyższym poziomie. Polubiłam także tytułową Czarną Madonnę, będącą najpoważniejszą piosenką w całej stawce. Ma dojrzały, mroczny i przejmujący klimat. Słuchając jej, odnoszę wrażenie, iż jest to swego rodzaju modlitwa. Brzmi pięknie. Warto posłuchać nieco punkowego utworu Wiosna, nostalgicznego Ultimo, czy też refleksyjnego Psychopomp. Mocnym uderzeniem na albumie jest Rilke. Jest to numer, w którym szczególnie świetnie brzmią gitarowe riffy. Wokalista pokazuje tu swoją drugą, wokalną stronę, zaskakując słuchacza delikatnym falsetem. Rock'n'roll'owe brzmienia powracają w dwóch kompozycjach, zaśpiewanych po angielsku: Get It Right i Son Of A Gun. Obydwie są dynamiczne i naładowane energią. Przyjemnie słucha się również instrumentalnych, pozbawionych tekstu kawałków. Mam tu na myśli piosenki Introdukcja i Warszawa 17:11. Pierwsza otwiera album, druga go zamyka. Jest to bardzo fajne rozwiązanie, naprawdę podoba mi się. Najsłabszym punktem krążka Czarna Madonna jest numer HKDK. W ogóle do mnie nie przemawia ten utwór. Jest bardzo rockowy, nieco punkowy i zbyt chaotyczny.

Czarna Madonna spodobała mi się dużo bardziej niż Głupi. Jest to płyta spójniejsza, na której dominują poukładane, przemyślane rozwiązania. Na tym albumie, najbardziej urzekła mnie jego prostota i autentyczność. Podobnie jak w przypadku debiutu, mocną stronę krążka stanowią ciekawe, dobre teksty i świetnie zagrane, rytmiczne melodie. Czarna Madonna dużo bardziej wpasowała się w mój gust, dlatego też wywarła ma mnie większe, bardzo pozytywne wrażenie. Kompozycje takie jak Mississippi W Ogniu czy Ki Czort na długo zapadły mi w pamięć i na długo pozostaną w moich słuchawkach.

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐⭐+
Najlepsze utwory: Rilke, Mississippi W Ogniu, Wiosna, Ki Czort, Czarna Madonna

KRZYSZTOF ZALEWSKI - Złoto (2016)

Krzysztof Zalewski jest jedną z najjaśniejszych polskich gwiazd, które zaczynały karierę w talent show. W 2003 roku został laureatem drugiej edycji programu Idol. Jego debiutancki album ukazał się w 2004 roku, ale na kolejny kazał czekać fanom dziewięć lat.  Dyskografię wokalisty zamyka krążek Złoto, wydany w listopadzie 2016 roku.

Na płycie Złoto znalazło się dziesięć kompozycji, w dużej mierze bazujących na indie popowych i rockowych brzmieniach. Moim ulubieńcem jest numer Miłość Miłość, który otwiera album. Jest to przede wszystkim piękna kompozycja, czarująca delikatną melodią i świetnym, poukładanym tekstem. Uczucia płynące z tej piosenki są nie do opisania. Mocną stroną numeru Chłopiec jest natomiast prostota oraz pewna zadziorność w głosie wokalisty. Nie można przejść obojętnie obok akustycznego, nieco romantycznego utworu Podróżnik, w którym głos artysty brzmi absolutnie cudownie. Drapieżniejszą stronę Krzyśka, usłyszeć możemy z rockowym, jakże stylowym kawałku Głowa oraz energetycznym numerze Polsko, gdzie wokalista pokazuje swój pazur. Jedną z moich ulubionych piosenek jest Luka. To kompozycja niezwykle przebojowa, której refren na długo pozostaje w pamięci. W utworze Uchodźca artysta zaskakuje elektronicznymi brzmieniami. Przyznam, że na początku nie lubiłam tej piosenki, a nawet ciężko mi się jej słuchało. Dziś jednak stwierdzić muszę, że kawałek zyskuje z czasem. Subtelne, gitarowe dźwięki powracają w kompozycji Otu. Delikatność i uczucia budują ten numer. Na zakończenie albumu, wokalista przygotował słuchaczom prawdziwą bombę. Mowa tu o piosence Jak Dobrze, w której gościnnie wystąpiła Natalia Przybysz. Jest to genialnie skomponowany numer, zaskakujący niebanalnym tekstem. Wokale Krzysztofa i Natalii brzmią razem bardzo dobrze. Utwór Jak Dobrze to nowatorski, świetnie wyprodukowany kawałek, który warto znać.

O albumie Złoto słyszałam wielokrotnie. Przeczytałam o nim niejedną pozytywną recenzję. Widziałam go w wielu podsumowaniach, rankingach za rok 2016. Żałuję, że nie sięgnęłam po niego wcześniej. Jest to tak dobry materiał, że nie potrafię wskazać jego minusów. Na krążek składają się pięknie skomponowane, balladowe numery oraz świetnie brzmiące, energetyczne kawałki. Płyta jest spójna, pomimo że kompozycje są zróżnicowane. Melodie są dynamiczne, ciekawe, ale momentami również subtelne. Teksty napisane są w prosty, ale bardzo stylowy sposób. Są mocną stroną krążka. Ponadto, wokal Krzysztofa sprawia, iż piosenek słucha się z ogromną przyjemnością. Album Złoto jest emocjonalny, traktuje o miłości, ale także o otaczającej nas rzeczywistości.

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐⭐+
Najlepsze utwory: Miłość Miłość, Luka, Polsko, Jak Dobrze

sobota, 6 stycznia 2018

078. Recenzje: TREY SONGZ "Tremaine" (2017), USHER "Raymond v. Raymond" (2010)

TREY SONGZ "Tremaine"
Trey Songz urodził się 28 listopada 1984 roku, w Petersburgu w stanie Wirginia. Pierwsze muzyczne kroki stawiał, gdy miał czternaście lat. Stało się to za namową przyjaciół i rodziny, bo jak sam twierdzi, był zbyt nieśmiały. Zadebiutował w roku 2005, albumem I Gotta Make It. Wokalista ma na swoim koncie przeboje takie jak: Say Aah, Bottoms Up, Na Na czy Slow Motion. Współpracował m.in. z Nicki Minaj, raperem T.I oraz z Drake'm. Dziś ma w swoim dorobku siedem studyjnych krążków. Ostatni z nich ukazał się w marcu 2017 roku, nakładem wytwórni Atlantic. 

Na krążek Tremaine składa się piętnaście kompozycji, utrzymanych w rhythmandblues'owej stylistyce. Wokalista zapowiadał nadchodzące wydawnictwo singlem Nobody Else But You. Jest to jedna z lepszych kompozycji na płycie. Brzmi jak numer wyjęty z dyskografii Drake'a. Na szczęście, w pozytywnym znaczeniu. Charakteryzuje się świetnym tempem i zapadającym w pamięć refrenem. Ponadto, piosenka jest fajnie wykonana, a także okraszona porządnym bitem. Do grona najciekawszych utworów na Tremaine, zaliczam również numer Come Over. Jest to kompozycja utrzymana w balladowym, nastrojowym klimacie, do której z przyjemnością będę wracała.
"Told her she can holla when she need me
I know that I've never made it easy"
Do moich ulubionych numerów na albumie należy She Lovin It. Utwór, za sprawą ciekawej linii melodycznej, wyróżnia się na tle pozostałych. Jest rytmiczny, nieco energetyczny i z pewnością można się przy nim pobujać. Nie mogę nie wspomnieć o piosence Animal, w której do głosu dochodzą brzmienia z pogranicza trapu i tropical. Jest to porządny klubowy banger, który szybko zyskał miano mojego guilty pleasure. Na co jeszcze warto zwrócić uwagę, słuchając płyty Tremaine? Na pewno na sensualne Playboy, emocjonalne Song Goes Off oraz nowatorskie Games We Play. Bardzo dobrze wypada także ballada Break From Love, zaaranżowana na pianino i instrumenty smyczkowe.

Tremaine ma również słabsze momenty. Zacznę tu od utworu #1 Fan, do którego mam mieszane uczucia. Z jednej strony zwrotki - stonowane, porządnie zaśpiewane, po prostu przyjemne, z drugiej strony refren - irytujący, ze słabym, banalnym tekstem. Nie najlepiej jest również w przypadku Priceless. Powtarza się tu ta sama sytuacja - słaby refren. Na miano najgorszej piosenki zasługuje jednak What Are We Here For. Zastosowano tu męczące, elektroniczne brzmienia, które psują utwór. Wątpię, abym kiedykolwiek z przyjemnością  do nich wróciła.

Najnowszy krążek Trey'a Songz'a zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Jest to moje pierwsze, tak bliskie spotkanie z jego twórczością. Do tej pory znałam tylko kilka piosenek wokalisty, dlatego cieszę się, że zdecydowałam się sięgnąć po ten album. Płyta jest zbiorem stylowych, porządnie wyprodukowanych i zaśpiewanych numerów. Jako zwolenniczka muzyki r&b, a w szczególności wokalistów rhythmandblues'owych, jestem zadowolona i usatysfakcjonowana. Szczerze przyznam, że spodziewałam się czegoś dużo słabszego. Nie wiem z czego wynikały moje obawy, ale miło, iż się nie sprawdziły. Co mogę zarzucić wokaliście? Trzy przeciętne, odstające poziomem kompozycje i kilka słabszych, banalnych tekstów. Poza tym, jest bardzo w porządku.

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐⭐
Najlepsze utwory: Come Over, Nobody Else But You, She Lovin It, Animal, Break From Love


USHER "Raymond v. Raymond"
Usher Raymond IV swój pierwszy album wydał w wieku szesnastu lat. Było to w roku 1994, a krążek nazwał po prostu - Usher. Wielką sławę artysty,  zapoczątkował natomiast krążek My Way. To z niego pochodzą pierwsze wielkie przeboje wokalisty - You Make Me Wanna i Nice & Slow. Potem było już tylko lepiej i lepiej za sprawą płyt 8701 i hitowego Confessions. Nie bez powodu jest uznawany za króla r&b. Ma w swoim dorobku kilkadziesiąt milionów sprzedanych płyt oraz mnóstwo nagród muzycznych. Dziś jego dyskografia liczy sobie osiem studyjnych płyt. Recenzowane Raymond v. Raymond jest szóstym wydawnictwem Usher'a. Płyta miała premierę dwudziestego szóstego marca 2010 roku. Ukazała się nakładem wytwórni LaFace.

Album otwiera bardzo przebojowe, nieco tajemnicze Monstar. Jest to piosenka utrzymana w fajnym, klubowym klimacie. Bardzo dobrze sprawdza się w roli zapowiedzi do dalszej części płyty. Jedną z moich ulubionych kompozycji na albumie jest Lil Freak, nagrane we współpracy z Nicki Minaj. To świetnie wyprodukowany numer, który bardzo lubię i śmiało nazywam go swoim guilty pleasure. Do czołówki zaliczam hitowe OMG, w którym Usher'a wspomaga will.i.am. Jest to niebanalna piosenka, w której wykorzystano stylowy bit. Ponadto, OMG to świetne połączenie r&b z electropopem. Mocnym punktem płyty jest Pro Lover. Numer wyróżnia się, wpadającym w ucho refrenem. Przy tej kompozycji z pewnością można się pobujać. Co ciekawe, jednym z autorów kawałka jest wokalista Miguel. Ścisłą elitę Raymond v. Raymond zamyka stonowane, sensualne Okay.
"You probably say that's a damn shame
I don't even know your name
I know it won't probably matter tonight
Cause you been all on me I'm like"
Na Raymond v. Raymond znaleźć można kilka porządnych ballad, bądź też typowych "pościelowych" numerów. Właśnie do tej kategorii należy zaliczyć There Goes My Baby. Jest to przyjemna kompozycja, utrzymana w rhythmandblues'owej stylistyce. Warto posłuchać utworu Papers, zaskakującego świetnym refrenem oraz seksownego Making Love. Niestety, nie wszystkie piosenki mogę zaliczyć do udanych. Słabo wypadają kompozycje Mars vs. Venus, a także Foolin' Around, które są po prostu nudne. Do najgorszych numerów zaliczyć muszę Hey Daddy, She Don't Know i Guilty. Pierwsza z nich posiada znośne, nawet fajne zwrotki, ale refrenu ciężko się słucha. Natomiast w She Don't Know irytuje mnie wszystko. Począwszy od melodii, a na wykonaniu kończąc. Utworu nie ratuje, ani rapujący Ludacris, ani spokojny bridge. Nie lepiej jest w przypadku piosenki Guilty, która brzmi bardzo "tanio". O ile w innych numerach, elektroniczne rozwiązania sprawdzają się, tak tu zabijają całą kompozycję. Dlatego też, kiedy Usher śpiewa "Don't take me to jail", to ja mam ochotę go tam wysłać.

Album Raymond v. Raymond nie robi na mnie wielkiego wrażenia. Mimo, że bardzo lubię Usher'a, to ciężko mi chwalić ten krążek. Jako całość wypada dosyć blado. Nie oznacza to, ze nie ma tu plusów. Pojedyncze numery naprawdę mogą się podobać.  Swoje robi tu porządna produkcja i wykonanie. Niestety, gdzieniegdzie wkrada się nuda i niedopracowanie, a nawet chaos. Niektóre numery były mi dobrze znane, a niektóre z nich dopiero co poznałam. Z pewnością do kilku będę wracała z ogromną przyjemnością. Raymond v. Raymond jako całość odbieram pół na pół. Mogło być o niebo lepiej, ale nie jest też przesadnie źle. Szkoda, że na album wkradła się zwyczajna nuda i przewidywalność.

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐
Najlepsze utwory: Monstar, Lil Freak, OMG, Pro Lover, Okay