Ariana | Blogger | X X

poniedziałek, 12 listopada 2018

121. Recenzje EP'ek: H.E.R & KHALID

H.E.R "I Used To Know Her: Part 2" EP (2018)
Gabriella Wilson, nagrywająca pod pseudonimem H.E.R, jest jedną z ciekawszych postaci we współczesnym świecie r&b. Moją sympatię zdobyła ciekawą, stylową epką I Used To Know Her: The Prelude. Kilka tygodni temu, piosenkarka wydała kontynuację tego materiału. 

Najnowszy materiał H.E.R składa się z ośmiu kompozycji, utrzymanych w rhythmandblues'owej i soulowej stylistyce. Gdy dowiedziałam się o jego premierze, zastanawiałam się, czemu wokalistka nie wydała tych epek w postaci jednego longplay'a. Po zapoznaniu się z mini-albumem znalazłam odpowiedź na to pytanie. Stylistycznie epki są do siebie bardzo zbliżone. Istotną różnicę stanowią jednak aranżacje. O ile The Prelude wypełnione było elektroniką, tak Part 2 budują przede wszystkim "żywe instrumenty". Do grona moich ulubieńców od razu dodałam Carried Away, w którym łagodne wokale idealnie współgrają z piękną melodią, opartą na rewelacyjnym basie w tle. Uwagę przykuwają również: niezwykłe Fate, cechujące się nieco podniosłym charakterem oraz melodyjne Hard Place. Za serce chwyta obłędne Lord Is Coming, gdzie w recytowanym wstępnie, H.E.R porusza tematy dotyczące sytuacji politycznej, problemów społecznych i rodzinnych. To hipnotyzujący numer, od którego trudno się uwolnić. Warto zatrzymać się na dłużej przy balladzie I'm Not Ok, zaaranżowanej na fortepian. Utwór opowiada o trudnościach w związku, a wypełniony jest emocjami i smutkiem. Na I Used To Know Her: Part 2 znajdziemy także akustyczne, spokojne, nieco ponure Can"t Help Me oraz powolne, sensualnie zaśpiewane Take You There

Najnowsza epka Amerykanki jest materiałem godnym polecenia. Szczególną uwagę należy zwrócić na piękne linie melodyczne oraz emocjonalne warstwy tekstowe. Moim zdaniem, kontynuacja I Used To Know Her, zdecydowanie przebiła poprzednią część. Album jest melancholijny, łagodny i szczery. Elektronicznych rozwiązań jest tu jak na lekarstwo, a proste, melodyjne dźwięki fortepianu i gitary tworzą cudowny nastrój. 

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐⭐⭐
Najlepsze utwory: Carried Away & Lord Is Coming


Khalid "Suncity" EP (2018)
Khalid Robinson ma w swoim dorobku jeden z lepszych debiutów 2017 roku. Jego album American Teen oraz single Location i Saved, przyniosły mu ogromną sławę nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale również m.in. w kilkunastu krajach Europy. Wokalista postanowił zrobić sobie przerwę w pracach na drugim krążkiem i ofiarował nam krótką epkę, która tylko zaostrzyła mój apetyt. 

Suncity jest materiałem, który nie do końca współgra z "dawnym Khalidem". Mini-album ukazuje nam, ze wokalista rozwija się i to w bardzo dobrym kierunku.  Na American Teen słyszeliśmy nastolatka, śpiewającego o młodzieńczych problemach, a na Suncity do głosu dochodzi dojrzały mężczyzna, który ma trochę więcej do przekazania. Krążek składa się z siedmiu pozycji. Każda z piosenek reprezentuje stylistykę r&b, ale doszukać się tu możemy także subtelnego popu, a nawet reggaetonu. Płytę otwiera krótkie, nastrojowe intro 9:13, wprowadzające w klimat epki. Pierwszym dużym zaskoczeniem jest piosenka Vertigo. Świetna aranżacja, w której usłyszeć można instrumenty smyczkowe, jest bardzo miłą niespodzianką. Uwagę przykuwa również leniwy, nieśpieszny refren, idealnie ukazujący atuty chłodnego wokalu Khalida. Moim ulubionym nagraniem jest uzależniające Motion, gdzie obłędna melodia, bardzo smutne wykonanie i genialna perkusja tworzą piękny, niepowtarzalny nastrój. Polubiłam także chwytliwe Better, które wywołuje u mnie dreszcze oraz lekki, miłosny kawałek Saturday Night. Kolejnym zaskoczeniem okazało się tytułowe Suncity. To nietypowy dla piosenkarza numer, zahaczający o klimaty reggaetonu i latino. Największym plusem kompozycji jest kontrast pomiędzy szorstkim głosem Khalida, a miękkim, delikatnym wokalem, towarzyszącej mu Empress Of. 

Suncity może wydawać się prostym, nieskomplikowanym, rhythmandblues'owym materiałem, ale ja widzę tu dużo więcej. Płyta pełna jest emocji. Uwielbiam Khalida w smutnym, wypełnionym goryczą repertuarze. Wokalista jest postacią nietuzinkową, a w moim odczucie jest artystą niedocenianym. Suncity jest tego dowodem. Album ma niepowtarzalny klimat i mimo niedociągnięć oddziałuje na słuchacza. Z niecierpliwością czekam na kolejny krążek Amerykanina. 

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐⭐⭐
Najlepsze utwory: Motion & Better



skala ocen 1-6

poniedziałek, 5 listopada 2018

120. Recenzja: ELLA MAI "Ella Mai" (2018)

Nie od dziś wiadomo, że brytyjski rynek muzyczny bogaty jest w ciekawe, perspektywiczne postacie. Co rok pojawia się kilku nowych, młodych artystów, aspirujących do bycia gwiazdą. Jedną z takich osób jest Ella Mai, która (co ciekawe) narobiła sporo zamieszania przede wszystkim na amerykańskich listach przebojów. Stało się tak za sprawą piosenek Boo'd Up i Trip

Ella Mai urodziła się w 1994 roku, w Londynie. Będąc nastolatką, przeprowadziła się na kilka lat do Nowego Jorku, a następnie powróciła w rodzinne strony by studiować na akademii muzycznej. Próbując zaistnieć w show biznesie, Mai wraz z dwiema koleżankami wzięła udział w castingu do programu X Factor. Niestety, występ dziewczyn nie do końca przypadł do gustu jurorom i panie szybko pożegnały się z show. Rok później, Ella udostępniła na SoudCloud swoją pierwszą epkę, na której znalazły się cztery kompozycje. To wydarzenie oraz aktywność na jednym z portali społecznościowych, zaowocowały kontraktem płytowym z wytwórnią 10 Summers Records, na czele której stoi producent Dj Mustard. Dziś Brytyjka ma w dorobku trzy studyjne mini-albumy i jeden długogrający krążek, zatytułowany po prostu - Ella Mai


Na debiutancką płytę Elli Mai złożyło się piętnaście kompozycji, utrzymanych w rhythmandblues'owej stylistyce. Nie będę ukrywać, że początek albumu jest nieco rozczarowujący. Przed przystąpieniem do słuchania krążka, byłam pewna, iż Brytyjka jest artystką bardzo ambitną i świadomą. Pierwsze piosenki na płycie szybko sprowadziły mnie na ziemię. Nie są one złe, ale brakuje im błysku. Na przykład weźmy przyjemne, oparte na intrygującym bicie Good Bad. Z jednej strony mam ochotę się przy tym numerze pobujać, ale z drugiej - nie ma w nim nic, czego bym już wcześniej nie słyszała. Bardzo podobnie jest z Dangerous, które nie potrafi zatrzymać słuchacza na dłużej. Takie przeciętne granie trwa jeszcze przez kolejne kilka minut. Sauce, opowiadające o własnej wartości i determinacji, ratuje się tylko fajnym refrenem. Powstałe we współpracy z Chris'em Brown'em, Whatchamacallit ma świetny beztroski ton, a solowe partie brzmią nieźle. Niestety, obecność wokalisty psuje ten pozbawiony oryginalności utwór. Obojętnie przeszłam również obok nijakiego Cheap Shot.

O niebo lepsze granie zaczyna się od kompozycji Shot Clock. Nagranie to ma w sobie zarówno urok, jak i ogień. Podobają mi się tu delikatniejsze intonacje, sprawiające, że o piosence trudno zapomnieć. Singlowe Boo'd Up to natomiast fajny, imprezowy banger. Kawałek jest chwytliwy i przebojowy, dlatego wcale nie dziwi mnie jego popularność w USA. Spokojne Everything, nagrane z John'em Legend'em, czaruje łagodnymi wokalami, skromnością i prostotą. Uwagę przyciągają: elektryzujące Own It, w którym wykorzystano sample z piosenki T-Shirt & Panties oraz harmonijne, pełne pasji Run My Mouth. Jedną z moich ulubionych kompozycji na płycie jest Gut Feeling, gdzie gościnnie usłyszeć możemy inną młodziutką piosenkarkę - H.E.R. W tym utworze nie można nie docenić dopasowania wokalistek. Ich głosy brzmią razem świetnie i budują fantastyczny, klimatyczny nastrój. Polubiłam też zaskakujące, odrobinę nietypowe Trip, ponieważ oprócz nowoczesnego bitu, wykorzystano tu pianino. Warto sięgnąć również po sensualne Close. "Pierwsze skrzypce" gra tutaj wokal Elli. Brytyjka bawi się głosem, dzięki czemu nagranie nie jest monotonne, a wręcz przeciwnie - jest bardzo ciekawe. Płytę zamyka ballada, w której Mai opowiada historię z perspektywy mężczyzny w związku. Easy jest emocjonalną kompozycją, w której dominują: romantyczny nastrój, piękne dźwięki fortepianu i mocny wokal. 

Płyta Ella Mai jest przyzwoitym, ale jak wspomniałam, nieco rozczarowującym debiutem. Najmocniejszym punktem albumu są kompozycje subtelniejsze, bardziej stonowane. Momenty, w których wokalistka próbuje rozruszać słuchacza nie zawsze brzmią dobrze. Spokojna strona Elli jest intrygująca i autentyczna. Piosenkarka ma ogromny potencjał, ładną barwę i w ciekawy sposób opowiada historię. Niestety, krążek jest za długi, a niektóre nagrania są tu zwyczajnie zbędne. Odnoszę wrażenie, że materiał jest odrobinę niedopracowany. Szkoda, bo można było wyciągnąć z niego nieco więcej.

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐+
Najlepsze utwory: Shot Clock, Gut Feeling, Trip, Close, Easy


*skala ocen 1-6

środa, 31 października 2018

119. Moje muzyczne podsumowanie miesiąca: PAŹDZIERNIK'18

NAJLEPSZE UTWORY, KTÓRE UKAZAŁY SIĘ W PAŹDZIERNIKU

DAWID PODSIADŁO - NIE MA FAL 
Fanką twórczości Dawida nigdy nie byłam. Owszem, podobało mi się kilka utworów wokalisty, ale nigdy dotąd nie zdobyłam się na przesłuchanie jego płyt. Małomiasteczkowego włączyłam (póki co) tylko raz, ale żadna z piosenek nie wywarła na mnie tak ogromnego, pierwszego wrażenia jak kompozycja Nie Ma Fal. To ciekawy, melodyjny kawałek, w którym najbardziej spodobały mi się rewelacyjnie brzmiące zwrotki. Refren pozostawia sporo do życzenia, ale nie ma to większego znaczenia. Numer jest świetny, mimo że na kilometr pachnie komercją.

TWENTY ONE PILOTS - MORPH
W październiku swoją premierę miał najnowszy krążek od Twenty One Pilots. Do grona jego najciekawszych momentów zaliczam, inspirowane latami 90-tymi, chwytliwe Morph, gdzie usłyszeć można rewelacyjny, melodyjny bit. Piosenka jest niebanalna, intrygująca i jakże przebojowa. Na szczególną uwagę zasługuje genialny, śpiewany falsetem refren. Numer jest moim faworytem do miana następnego singla z płyty Trench. Jeśli ktoś chciałby zapoznać się z recenzją tego albumu, zapraszam TU.


USHER x ZAYTOVEN - YOU  DECIDE 
Swoją "urodzinową" płytą, Usher zrobił fanom ogromną niespodziankę. Wydał ją bez wcześniejszych zapowiedzi i bez singla promującego. Na "A" polubiłam rewelacyjne You Decide, gdzie niebanalną linię melodyczną wypełniają nie tylko elektroniczne rozwiązania, ale również subtelne dźwięki fortepianu. Piosenka jest nieoczywista, co dodaje jej wartości i czyni ją najlepszą na krążku. Cieszę się, że wokalista odnalazł się w dzisiejszych realiach i nagrał krążek na czasie, a ponadto, darował sobie gonitwę za szczytami list przebojów. 


LANY - LET ME KNOW
Kilka tygodni temu, światło dzienne ujrzała płyta Malibu Nights. Najlepszą kompozycją na niej zawartą  jest rewelacyjne Let Me Know. Możemy tu dostrzec soulowe i jazzowe inspiracje. Piosenka jest sensualna, stylowa, a uwodzicielski, nieco senny wokal, sprawia, że można się rozpłynąć i rozmarzyć podczas jej słuchania. Bez wątpienia, to jeden z lepszych rhytmandblues'owych numerów ostatnich tygodni. Wywarł na mnie ogromne wrażenie. Z pewnością będę często powracała do tego nagrania. 


ROSALIE. - WIĘCEJ 
O tej wokalistce usłyszałam na początku roku, kiedy to ukazał się jej debiutancki album. Jak się okazało, Rosalie ma bardzo dużo do zaoferowania swoją twórczością. Po świetnych kompozycja takich jak: Po Co, Spokojnie, Holding Back czy Królowa, wokalistka zachwyca kolejny raz. Tym razem za sprawą jakże ciekawego i wyrazistego Więcej. Numer jest elektryzujący, klimatyczny i bardzo energetyczny. Co za moc!


ADY SULEIMAN - RISE UP
Z tym panem zdążyłam się już dobrze poznać. Twórczość tego młodego i uzdolnionego wokalisty bardzo mi się spodobała, dlatego gdy dowiedziałam się, iż szykuje nowy materiał, bardzo się ucieszyłam. Łagodny, subtelny, świetny wokal i rozczulająca, delikatna gitara tworzą niespotykany, magiczny nastrój. Rise Up niczym nie ustępuje najlepszym kompozycjom z rewelacyjnego, tegorocznego Memories. Z niecierpliwością czekam na kolejne poczynania Ady'ego Suleiman'a.


PODSUMOWANIE PAŹDZIERNIKA WG LAST.FM

TOP 5  PIOSENEK
1.Little Mix ft. Nicki Minaj - Woman Like Me
2. Usher - You Decide
3. Usher - ATA
4. Twenty One Pilots - Morph
5. Twenty One Pilots - Chlorine

TOP 5 ARTYSTÓW
1. Twenty One Pilots
2. Usher
3. LANY
4. Lenny Kravitz
5. Ella Mai

TOP 5 ALBUMÓW
1. Twenty One Pilots "Trench"
2. Usher x Zaytoven "A"
3. LANY "Malibu Nights"
4. Ella Mai "Ella Mai"
5. Ben Howard "Noonday Dream"

środa, 24 października 2018

118. Recenzja: USHER x ZAYTOVEN "A" (2018)

Albumy niespodzianki, w dzisiejszych czasach, są coraz bardziej popularne. Do grona artystów, którzy bez wcześniejszych zapowiedzi wydali nowe materiały, dołączył Usher. Wokalista poinformował fanów o nowym krążku zaledwie kilkanaście godzin przed jego premierą. Zrobił to za pomocą mediów społecznościowych, wzbudzając tym nie lada zainteresowanie. Co ciekawe, płyta "A" jest pierwszym kolaboracyjnym albumem piosenkarza. Powstała we współpracy z producentem, ukrywającym się pod pseudonimem Zaytoven.

Usher jest jednym z najpopularniejszych wokalistów lat dwutysięcznych. Swoją twórczością podbił serca milionów słuchaczy na całym świecie. Największe sukcesy odnosił w rodzinnych Stanach Zjednoczonych, zdobywając tam tytuł współczesnego króla muzyki r&b. Nie jest to określenie na wyrost, ponieważ listy przebojów i liczba sprzedanych płyt mówią same za siebie. Śpiewa, tańczy, pisze teksty, gra w filmach. Usher jest postacią wszechstronnie uzdolnioną, a przy tym skoncentrowaną na jednym, konkretnym w danej chwili, celu. 


Przy okazji premiery poprzedniej płyty (Hard II Love, 2016), Usher podkreślał, że nie musi już nikomu nic udowadniać. Zrobił w muzycznym show biznesie wiele, dlatego teraz może skupić się na rzeczach, które odpowiadają najbardziej jemu samemu. Gonitwa za szczytami list przebojów, chyba na dobre skończyła się w 2015 roku, co według mnie było świetnym posunięciem. Odzwierciedleniem tego jest krążek "A", który mimo, że jest nowoczesny i bardzo "dzisiejszy", to i tak sukcesu w stacjach komercyjnych nie odniesie. Weźmy na przykład numer Stay At Home, nagrany we współpracy z raperem Future. To dobry utwór, ukazujący wyluzowaną, niezwykle intrygującą stronę wokalisty. Piosenka jest na czasie i opiera się na stonowanym, hip hopowym bicie. Jeszcze lepiej wypada nieco ostre ATA, wyróżniające się chwytliwym, zapadającym w pamięci, niby banalnym "le, le, le" w refrenie. Podoba mi się tu taka nonszalancja w wykonaniu. Nagranie spełnia wszystkie aktualne standardy, ale ma też świetny, odrobinę oldschool'owy flow. Wszystko to sprawia, że nie mogę przejść obojętnie obok tej kompozycji. Warto ją włączyć. 
"You ever seen a G-5?
'Cause I'm a G type of guy, yeah
That's a whole different vibe, yeah"
Na "A" nie brakuje numerów ciekawych. Moje zainteresowanie wzbudził kawałek Peace Sign, będący seksownym, bardzo sensualnym numerem z lekkim bitem i przemyślaną produkcją. To utwór w "usherowskim" stylu, ale mimo to różni się od jego wcześniejszej twórczości. Polubiłam także rewelacyjne You Decide, gdzie niebanalną linię melodyczną wypełniają nie tylko elektroniczne rozwiązania, ale również subtelne dźwięki fortepianu. Piosenka jest nieoczywista, co dodaje jej wartości i czyni ją najlepszą na krążku. Ciekawie robi się przy pomysłowym Brithday, w którym wykorzystano sample z Dilemmy. Przyznam szczerze, że na początku brzmiało to dosyć dziwnie, ale gdy już przywykłam, dostrzegłam potencjał tego nagrania. She Ain't Tell Ya nie zrobiło na mnie olbrzymiego wrażenia, ale zyskało z czasem. Kompozycja oparta jest na fajnym, rhythmandblues'owym rytmie, będącym najjaśniejszym elementem całego numeru. I nagle coś zaczyna szwankować. W Say What You Want podoba mi się wyłącznie chłodny falset Ushera i ładnie skomponowana melodia. Niestety, utwór nie jest najlepszą "pościelówką" wokalisty. Kawałek brzmi przeciętnie i nijak pasuje do całej reszty. Album zamyka najsłabsze nagranie na "A". Gift Shop pełne jest niedociągnięć. Nie kupuję swego rodzaju agresji w wykonaniu i dziwnego, słabiutkiego refrenu. Piosenka kompletnie nie pasuje do artysty, a on sam momentami brzmi w niej niekorzystnie. 

Niespodzianka od Ushera okazała się przyjemnym, muzycznym doznaniem. Mimo, że po pierwszym odsłuchaniu płyty miałam ochotę wylać na piosenkarza wiadro pomyj, to z czasem zaczęłam się przekonywać do tego materiału. Wokalista udowodnił, że nie stoi w miejscu, potrafi dostosować się do aktualnych trendów i że jego muzyka ciągle ewoluuje. Usher nagrał bardzo stylowy, współczesny album, ale nie stracił przy tym swojego dawnego blasku. Nie każda kompozycja brzmi tak jak bym tego sobie życzyła, ale nie oznacza to, że płyta jest zła. Ma ona fajną energię, jest świetnie wyprodukowana, a od wokalnej strony brzmi rewelacyjnie. Podoba mi się połączenie nowoczesnych bitów z klasyką gatunku. Brzmi to naprawdę dobrze.

*MOJA OCENA: ⭐⭐⭐⭐+
Najlepsze utwory: Stay At Home, ATA, Peace SignYou Decide


*skala ocen 1-6

środa, 17 października 2018

117. Recenzja: LANY "Malibu Nights" (2018)

Grupa LANY powstała w 2014 roku, w Los Angeles. W skład zespołu wchodzi trzech muzyków: Paul Jason Klein (wokal), Charles Leslie Priest (klawisze i gitara) oraz Jake Clifford Goss (perkusja). Panowie nagrywają muzykę z pogranicza synth-popu, indie i alternatywnego r&b. W swoim dorobku mają cztery epki i dwa studyjne albumy. Ostatni z nich ukazał się w październiku tego roku.

Na krążek Malibu Nights trafiłam przypadkowo, za sprawą jednej z piosenek, promujących wydawnictwo. Moje oczekiwania wobec tej płyty nie były sprecyzowane. Nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać po grupie, ponieważ jej twórczość była mi kompletnie obca. Na albumie znalazłam dziewięć kompozycji, reprezentujących synth-popowo-rhythmandblues'owe brzmienie. Autorem wszystkich piosenek jest frontman zespołu - Paul Klein. Numery powstały po zerwaniu z ówczesną dziewczyną wokalisty, gwiazdą brytyjskiej sceny muzycznej - Duą Lipą. Para rozstała się na początku 2018 roku, po czym piosenkarka zaczęła spotykać się z modelem Isaac'em Carew'em, a Klein wszedł do studia nagraniowego z nowym materiałem, opowiadającym o romantycznej miłości i złamanym sercu.


Album otwiera piosenka Thick And Thin. Podoba mi się energia tego numeru. Nie jest to kolejna smutna ballada o rozstaniu, a mocny, bujający utwór, o oszołamiającym rytmie i intensywnym, lekkim bicie. Zmysłowe Taking Me Back wyróżnia się ciekawą linią melodyczną, w której na pierwszy plan wybijają się bardzo dobre bębny. To pomysłowa kompozycja, zapadająca w pamięć. W If You See Her zastosowano dużą ilość elektroniki, ale mimo to, nagranie jest stonowane. Ponadto, pozostawia po sobie same przyjemne odczucia. Szybko do gustu przypadło mi również I Don't Wanna Love You Anymore. Tu z kolei warto zwrócić uwagę na płynne przejście od spokojnego, wolnego wstępu do żywszego rozwinięcia. Trzeba też docenić uspakajający, subtelny wokal Klein'a.
"If I could, know I would try
Tell me now, tell me how
To change your mind"
- Taking Me Back -

Najlepszą kompozycją, zawartą na Malibu Nights, jest rewelacyjne Let Me Know. Możemy tu dostrzec soulowe i jazzowe inspiracje. Piosenka jest sensualna, stylowa, a uwodzicielski, nieco senny wokal, sprawia, że można się rozpłynąć i rozmarzyć podczas jej słuchania. Bez wątpienia, to jeden z lepszych rhytmandblues'owych numerów ostatnich tygodni. Wywarł na mnie ogromne wrażenie. Cudownie wypada także emocjonalne, nastrojowe Run, oparte na nowoczesnym, elektronicznym bicie i świetnej gitarze. W romantycznym Valentine's Day wykorzystano natomiast pianino. Prosta aranżacja dodaje utworowi elegancji i podniosłego charakteru. Intrygująco brzmi Thru These Tears. Kawałek ma moc i dobry rytm. Szczególnie spodobał mi się genialny, melodyjny refren. Niestety, zwrotki pozostawiają wiele do życzenia, są nużące i trochę nijakie. Pomimo mnogości przeróżnych dźwięków i małego chaosu, nagranie i tak daje radę. Tytułowe Malibu Nights to wyważone zamknięcie albumu. Ładna, minimalistyczna ballada, zaaranżowana na fortepian brzmi przyjemnie, ale nie zaskakuje niczym szczególnym. 

Malibu Nights to porządny, przebojowy a zarazem romantyczny materiał. Piosenki są bardzo fajnie skomponowane i dobrze napisane. Podobają mi się osobiste teksty i delikatny, kojący, a czasami energetyczny wokal. Krążek opowiada o złamanym sercu i miłości. Kompozycje raz bujają, a raz odprężają. To ciekawy zabieg, bo pomimo  różnorodności, utwory zachowują podobny klimat i nie wychodzą poza główną tematykę płyty. Moim zdaniem, nie jest to materiał idealny, ale warto poświecić mu chwilę. Nieczęsto zdarza się, że po wysłuchaniu albumu, mogę opisać go tak wieloma różnymi przymiotnikami. Malibu Nights jest lekkie, ale czasami też poważne i surowe, nie brakuje mu emocjonalności i romantyzmu, a ponadto jest intensywne i uniwersalne.

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐⭐
Najlepsze utwory: Thick And Thin, Let Me Know, Run


czwartek, 11 października 2018

116. Recenzja: TWENTY ONE PILOTS "Trench" (2018)

Formacja Twenty One Pilots powstała w 2009 roku, w Ohio. Jej założycielem jest wokalista, instrumentalista, kompozytor, autor tekstów i producent - Tyler Joseph. Początkowo, w skład grupy wchodzili Nick Thomas i Chris Salih. W takim towarzystwie panowie wydali swój pierwszy, amatorski krążek, zatytułowany po prostu Twenty One Pilots. W 2011 Thomas i Salih opuścili grupę, a do Josepha dołączył jego przyjaciel, perkusista Josh Dun. Rok później zespół podpisał kontrakt płytowy z wytwórnią Fueled by Ramen. Z jej ramienia ukazały się już trzy albumy pilotów. 

Twórczość Twenty One Pilots trudno zdefiniować i przypisać do jednego, konkretnego gatunku muzycznego. Panowie czerpią garściami z alternatywy, rocka, reggae, popu, electropopu czy nawet hip-hopu. Swoją muzykę nazywają "psychodelicznym popem", podczas gdy krytycy, dziennikarze uparcie "wpychają" ich do worka z alternatywnym rockiem. Po części ich rozumiem, ale nie zmienia to faktu, że grupy Twenty One pilots nie da się sklasyfikować sprawiedliwie w żaden możliwy sposób.  Nie dążą do rozgłosu, nie gonią za listami przebojów, a zależy im wyłącznie na tym, żeby uszczęśliwiać fanów swoją twórczością. 


W muzyce Twenty One Pilots ogromną rolę odgrywa opowieść. Joseph kreuje postacie, przestrzeń, wymyśla pewną historię. W przypadku Trench mamy do czynienia z miastem Dema i mieszkającym w nim Clancy'm. Bardzo często przewija się motyw "bandytów", którzy mają mu pomóc w ucieczce i biskupów, rządzących miastem. Brzmi to dziwnie, abstrakcyjnie, prawda? Jeżeli wsłuchamy się w krążek, zwracając uwagę na szczegóły, przekonamy się, że ma to duży sens oraz ukryte dno. Muzycznie dzieje się tu dużo, ale gatunkowa rozbieżność wydaje się być mniejsza niż na Blurryface. Swój najnowszy album, piloci rozpoczynają mocnym uderzeniem. Rockowe, bardzo energetyczne Jumpsuit zachwyca od pierwszego wysłuchania. To ciekawie zbudowany numer, w którym porzucono typową konwencję zwrotka-refren. Spodobało mi się płynne przejście pomiędzy pierwszym a drugim utworem. Levitate to w całości rapowany kawałek, zwracający na siebie uwagę. Obydwie kompozycje, mimo że tak inne, to idealnie do siebie pasują. 

Moją uwagę szczególnie przykuły dwie piosenki: Neon Gravestones i Chlorine. Ich wspólnym mianownikiem jest warstwa tekstowa, poruszająca tematykę samobójstwa. Pierwsza to spokojna, emocjonalna ballada, w której rapowane zwrotki, połączono z subtelnym refrenem. Druga z wymienionych kompozycji również jest stonowana. Warto tu zwrócić uwagę na wypełniony smutkiem bridge, obok którego nie da się przejść obojętnie. Do grona najciekawszych numerów zaliczam także, inspirowane latami 90-tymi, chwytliwe Morph, gdzie usłyszeć można rewelacyjny, melodyjny bit. Pozytywne odczucia pozostawia po sobie Nico And The Niners. Utwór ma optymistyczny, pozytywny rytm, ale nieco mroczny, poważny tekst. Warto posłuchać uroczego Smithereens, napisanego przez Josepha z myślą o żonie oraz bujającego, opowiadającego o determinacji Cut My Lips.
"Promise me this
If I lose to myself
You won't mourn a day
And you'll move onto someone else"
- Neon Gravestones -

Kolejną kompozycją, o której warto co nieco napisać jest My Blood. To funk-popowy kawałek, będący nie tylko przebojowym numerem, ale i refleksyjnym. Osobisty tekst, prawdopodobnie nawiązujący do brata wokalisty jest najmocniejszym  punktem numeru. Szybko do gustu przypadło mi The Hype, czyli lekki, świeży utwór o wierze w siebie. Zaskakująco brzmi Pet Cheetah. Piosenka jest dziwna, ale w intrygujący sposób. Ładne, wolne z początku Bandito porywa żywym, mocnym uderzeniem w końcówce. Z kolei oparte na wesołej melodii Legend, zadedykowane zostało dziadkowi Tyler'a. Całą opowieść zamyka ballada Leave The City, w której słyszymy powściągliwe wokale, mocną partię pianina i delikatne bębny.

Na Trench "pierwsze skrzypce" gra perkusja, wtórują jej: gitara basowa, pianino i niezawodne, czarujące ukulele.  Za warstwę tekstową, melodie i produkcję odpowiada Tyler Joseph. Muzyk kolejny raz udowodnił, że ma ogromny talent i wrażliwość. Kompozycje są ciekawe, nietuzinkowe i w całkowicie w stylu grupy. Twenty One Pilots są zespołem konsekwentnym. Podoba mi się to, że wiernie trzymają się swojej koncepcji, ale jednocześnie nie stoją w miejscu, a ich muzyka ewoluuje. Trench jest albumem świetnym, dzięki emocjonalnym, poważnym tekstom i lekkim melodiom. Na wyobraźnię działa także sama okładka, dzięki której podczas słuchania widzę świat w żółto-czarnych barwach. Kapitalna robota!

*MOJA OCENA: ⭐⭐⭐⭐⭐⭐
Najlepsze utwory: Jumpsuit, Morph, Chlorine, Neon Gravestones, Nico And The Niners



*skala ocen 1-6

piątek, 5 października 2018

115. Recenzja: BEN HOWARD "Noonday Dream" (2018)

Czego potrzebuje artysta, żeby zaistnieć? W dzisiejszych czasach, dla wielu słuchaczy liczą się przebojowe, chwytliwe piosenki, świetna aparycja lub kontrowersje.  Czasem jest jednak tak, że te rzeczy nie mają najmniejszego znaczenia, bo do głosu dochodzą: wrodzony talent, skromność, prostota i charyzma. Jednym z takich właśnie artystów jest Ben Howard - Brytyjczyk, który nie szuka sensacji i skupia się na autentycznym, prawdziwym brzmieniu.

Ben Howard urodził się w muzykalnej rodzinie. Zarówno matka, jak i ojciec wokalisty, zajmowali się muzyką. Brytyjczyk od dziecka przejawiał ogromny talent, dlatego pisany mu był los artysty. Dziś ma w swoim dorobku trzy studyjne albumy, a najnowszy z nich, Noonday Dream, ukazał się pierwszego czerwca tego roku. Muzyka Howarda jest melodyjnym połączeniem indie, alternatywy i folku. Ładne aranżacje, gitarowe brzmienia i ciekawe warstwy tekstowe są wizytówką piosenkarza.


Noonday Dream jest moim pierwszym spotkaniem z twórczością Bena Howarda. Tak naprawdę, nie miałam pojęcia, czego mogę się po tym krążku spodziewać. Jak się okazało, to dobry album. Znajdziemy na nim dziesięć kompozycji, tworzących niezwykle spójną całość. Płytę otwiera najlepsza piosenka w stawce. Nica Libres At Dust zachwyca delikatnością, swobodą i opanowaniem, jak również sennym, leniwym wykonaniem. Całość dopełnia ładnie brzmiąca melodia. Minimalizm wylewa się z emocjonalnego, ale bardzo chłodnie zaśpiewanego Towing The Line. W tym nagraniu, wokalista zachowuje pewien dystans, sprawiający, że numer staje się odrobinę tajemniczy. Podoba mi się siedmiominutowa opowieść, zatytułowana A Boat To An Island On The Wall. Jest to ciekawy utwór, w którym stonowany, gitarowy początek, połączono z odrobiną elektronicznych dźwięków w rozwinięciu. Warto zwrócić uwagę na linię melodyczną w What The Moon Does, ponieważ gitara brzmi tu wprost obłędnie. Pozytywne wrażenie pozostawia po sobie rytmiczne Someone In The Doorway. Kompozycja jest wyrazista za sprawą mocnej perkusji i klasycznych skrzypiec. 
"Go find someone else
I am not ready to die
Go whisper softly to someone else"
All Down The Mines to krótka, nastrojowa zapowiedź kolejnej piosenki. Mimo, że trwa niespełna minutę, to i tak prezentuje się bardzo dobrze, głównie za sprawą przydymionych wokali i fajnego klimatu. Intensywne, bogate w elektronikę The Defeat zapada w pamięć. Ogromnym plusem jest to, że wokalista w ciekawy sposób buduje napięcie w tym numerze. A Boat To An Island Pt. 2 to z kolei nieśpieszny, utrzymany w wolnym tempie utwór. Z początku słyszymy tylko instrumenty, a w połowie dołącza do nich wokal Bena. Nie jest to najlepsza piosenka na albumie i niestety nie porywa w żaden możliwy sposób. Lepiej brzmi galopujące There's Your Man, w którym podoba mi się energia i urok. Krążek zamyka Murmuration, czyli nieciekawe, nużące nagranie, zyskujące dopiero pod koniec. Szkoda, bo gdyby ograniczyć długość tego numeru i zbudować go w nieco inny sposób, to powstałby dobry, wciągający utwór. 

Noonday Dream to ciekawe muzyczne doznanie. Album jest ambitny, obrazowy, surowy. Stonowane, proste melodie, emocjonalne, pełne autentyczności teksty oraz chłodny wokal Bena są największymi atutami krążka. Howard w swojej twórczości umiejętnie łączy gitarowe brzmienia z fortepianem i elementami elektroniki. Jego piosenki to swego rodzaju klasyka, ale z nowoczesnym twistem. Minusem płyty jest to, że się dłuży. Niektóre numery są za długie, a niektóre mogą zwyczajnie nudzić słuchacza. Nie każdemu zatem przypadnie do gustu ten album, ale jeśli jesteście fanami nastrojowych, odprężających i refleksyjnych piosenek, to będziecie zachwyceni tym materiałem. 

*MOJA OCENA: ⭐⭐⭐⭐
Najlepsze utwory: Nica Libres At Dust, A Boat To An Island On The Wall, The Defeat

*skala ocen 1-6

poniedziałek, 1 października 2018

114. Moje muzyczne podsumowanie miesiąca: WRZESIEŃ'18

I. NAJLEPSZE UTWORY, KTÓRE UKAZAŁY SIĘ WE WRZEŚNIU

[AVRIL LAVIGNE - HEAD ABOVE WATER] Z powrotem Avril Lavigne nie wiązałam większych nadziei. Jako nastolatka byłam jej ogromną fanką, dlatego mam bardzo duży sentyment do Kanadyjki. Gdy ogłosiła, że powraca z nowym materiałem, nie sądziłam, że będę się aż tak zachwycać czymkolwiek spod jej ręki. Head Above Water to piękna, mocna, wyrazista ballada, udowadniająca, że Avril ma jeszcze dużo do powiedzenia. Nie obchodzi mnie, czy wokalistka osiągnie sukces komercyjny, zależy mi tylko na tym, aby do każdego dotarł cudowny przekaz tej kompozycji. 
[LENNY KRAVITZ - WHO REALLY ARE THE MONSTERS?] We wrześniu swoją premierę miał album Raise Vibration.  Moje serce skradł numer Who Really Are The Monsters. Utrzymany jest w electro-funkowym stylu i nieco psychodelicznym nastroju. Świetnie wypadają tu recytowane fragmenty, a całość jest pełna świeżości. Bardzo często powracam do tej kompozycji, bo brzmi niezwykle, po prostu niepowtarzalnie. 
[KHALID - BETTER] Amerykański wokalista przymierza się do wydania swojej drugiej płyty. Co jakiś czas, prezentuje nam nowe piosenki, zwiastujące nadchodzące wydawnictwo. We wrześniu usłyszeć mogliśmy premierowe Better, będące spokojną, rhythmandblues'ową kompozycją, opartą na stonowanym, minimalistycznym bicie. To kolejny raz, gdy szorstki wokal piosenkarza powoduje u mnie dreszcze. 
[DON DIABLO FT. EMELI SANDE & GUCCI MANE - SURVIVE] Ta piosenka skradła moje serce. Jest przebojowa, chwytliwa, ale jednocześnie bardzo wyważona. Rapowane zwrotki mają dużo elegancji, a śpiewane partie brzmią przepięknie. Całość jest elektryzująca, odrobinę chłodna i jakże stylowa. Mam nadzieję, że to trio podbije listy przebojów, bo mam serdecznie dość klubowych, tanecznych, przewidywalnych hitów, przewijających się w każdej stacji muzycznej. 
[RITA ORA - LET YOU LOVE ME] Brytyjska wokalistka, pochodząca z Kosowa bardzo mnie ostatnio zaskoczyła. Jej najnowszy singiel przypadł mi do gustu w błyskawicznym tempie. Utrzymany jest w popowej stylistyce, zahaczającej o klubowe brzmienia. Nie jestem wielką fanką tego typu numerów, ale w tu podoba mi się wszystko. Utwór jest ciekawy, nieco romantyczny i ładnie brzmi. Moim zdaniem, to porządna zapowiedź nadchodzącej płyty. 

II. ALBUMY, KTÓRE POZNAŁAM WE WRZEŚNIU


Wrzesień był dla mnie ciężkim miesiącem, ponieważ nie miałam większej ochoty na przesłuchiwanie nowości. Myślę, że był to poważny, muzyczny kryzys, ale na szczęście to już za mną. Czego słuchałam? Przede wszystkim zamknęłam dyskografię Lennego Kravitza. Każdy kolejny album tego wokalisty, budził we mnie duże emocje i uczucia. Bardzo się cieszę, że poświęciłam mu tyle czasu, bo było warto. Znalazłam też cas by zapoznać się z debiutanckim (i na razie jedynym) krążkiem Rity Ory. Nie było to jakieś szczególnie przyjemne doświadczenie, ale fajnie było przenieść w czasie o sześć lat w tył. Poznałam również debiuty dwóch młodych wokalistek: Justine Skye i Kailee Morgue. Są to dobre materiały, ale pozbawione błysku. Będę  miała oko na te panie, bacznie przyglądając się ich dalszej twórczości. Pozytywne wrażenie wywarły na mnie krążki Bruna Majora i Bena Howarda. Zarówno A Song For Every Moon, jak i Noonday Dream polubiłam za subtelność i emocjonalność. To albumy, na które warto zwrócić uwagę. Recenzja tego drugiego, już wkrótce na blogu! 

III. PODSUMOWANIE WG LAST.FM

TOP 5 PIOSENEK
1. Imagine Dragons - Natural
2. Mark Diamond - Black Mercedes
3. Avril Lavigne - Head Above Water
4. Lenny Kravitz - Who Really Are The Monsters?
5. Rita Ora - Let You Love Me

TOP 5 ARTYSTÓW
1. Lenny Kravitz
2. Rita Ora
3. Justine Skye
4. Dermot Kennedy
5. twenty one pilots

TOP 5 ALBUMÓW
1. Lenny Kravitz "Raise Vibration"
2. Justine Skye "ULTRAVIOLET"
3. Rita Ora "ORA"
4. Ben Howard "Noonday Dream"
5. Bruno Major "A Song For Every Moon"

piątek, 28 września 2018

113. Throwback: RITA ORA "Ora" (2012)

Zanim Dua Lipa i Bebe Rexha zaczęły podbijać listy przebojów, świat poznał Ritę Orę. Urodzona w Prisztinie wokalistka została odkryta przez łowców talentów wytwórni Roc Nation. Pod skrzydłami Jaya Z, młodziutka piosenkarka miała zostać nową Rihanną. Jej debiutancki singiel (Hot Right Now) szybko dotarł do szerokiego grona odbiorców i otworzył jej drogę do kariery, która jak się okazało, bogata jest we wzloty i upadki. 

Debiut Rity Ory wiązał się z dużymi oczekiwaniami. Wokalistka zdobyła uznanie słuchaczy świetnym głosem, świeżością i temperamentem. Wydawało się, że jest to artystka kompletna: piękna, utalentowana, mocno stąpająca po ziemi. Co mogło pójść nie tak? Niestety, wkład Ory w brzmienie krążka był znikomy. Nagrała to, co wytwórnia uznała za dobre, przebojowe i najbardziej komercyjne. Jej pierwszy studyjny album ukazał się sześć lat temu, a znalazło się na nim dwanaście kompozycji, utrzymanych w stylistyce, łączącej przede wszystkim electropop i r&b. 


Album otwiera krótkie Famemelt. To mocna, odważna kompozycja, wprowadzająca słuchacza w bardzo fajny klimat. Jedną z lepszych piosenek na płycie jest melodyjne, rytmiczne Roc The Life. Utwór ten wyróżnia się za sprawą świetnego flow i stylowego bitu. Mocną stroną nagrania jest prosty, przebojowy refren. Dobrze wypadają także główne single: How We Do (Party) oraz R.I.P. Pierwszy utrzymany jest w popowo-rhythmandblues'owym stylu. To lekki, wesoły numer, idealnie nadający się na imprezę z paczką znajomych. R.I.P z kolei jest bardziej stonowane. Wykorzystano tu elementy dubstepu, dzięki czemu podkład muzyczny zapada w pamięć. Co ciekawe, kompozycja została napisana dla Rihanny, a jej autorem jest Drake. Dużo gorzej prezentuje się dance-popowe Radioactive. Muszę się przyznać, że swego czasu lubiłam tę piosenkę. Dziś ciężko mi się jej słucha. O ile zwrotki dają radę, to hałaśliwy refren bardzo przeszkadza w odbiorze. W porównaniu do poprzedników, subtelne Shine Ya Light, wydaje się odrobinę nudne. To przyzwoity utwór, ale nie zwraca na siebie uwagi niczym szczególnym. Przebojowości brakuje również w Love And War, ale w tym wypadku nie jest to minus. Podoba mi się to, że udział J.Cole'a w tym nagraniu nie jest taki oczywisty. Raper nie uraczył nas kolejną, ciągnącą się zwrotką, a wzbogacił kompozycję o nieoczywiste, fajne wstawki. 
"I don’t wanna fight anymore -
everyday we fighting like the navy, 
baby maybe we can save each other"
Najciekawszą piosenką na debiutanckim krążku Rity Ory jest Uneasy. Wszystko się tu zgadza, od melodii, po zadziorne wykonanie i porządny tekst. Szkoda, że utwór nie został singlem, bo drzemie w nim bardzo duży potencjał. Nowatorskie, dziwne Fall In Love wzbudza mieszane odczucia. Z jednej strony, nagranie jest nietypowe, a momentami nawet przyjemne w odbiorze, ale z drugiej - przytłacza słuchacza. Warto posłuchać, utrzymanego w balladowym nastroju Been Lying. To poprawna kompozycja, zbudowana na delikatnej elektronice. Polubiłam również Hello, Hi, Goodbye. Piosenka jest pełna uroku, a łagodność w głosie Rity powoduje, że można się przy tym numerze odprężyć. 

Rita Ora jest bardzo utalentowaną wokalistką. Jej głos ma piękną, niepowtarzalną barwę, ale niestety talent nie zawsze idzie w parze z dobrą muzyką. Materiał zawarty na debiucie Ory jest poprawny, ale w całości wyreżyserowany. Na krążku dominuje pozytywna energia, przebojowość i  taneczne rytmy. Niestety, w tym wszystkim brakuje mi Rity. Wokalistka nagrała to, co jej narzucono i nie wniosła do muzyki rozrywkowej niczego nowego. Album jest dobrze wyprodukowany i świetnie zaśpiewany. Szkoda tylko, że nie mogę zachwycać się pięknymi, emocjonalnymi balladami, czy też nowoczesnymi, niespotykanymi kawałkami. Mam nadzieję, że w pracach nad drugim studyjnym materiałem (którego premiera odbędzie się 23 listopada) Rita Ora miała dużo więcej do powiedzenia. Trzymam za nią mocno kciuki.

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐+
Najlepsze utwory: Roc The Life, How We Do, R.I.P, Uneasy


niedziela, 23 września 2018

112. Recenzje epek: LIAM PAYNE & KAILEE MORGUE

Liam Payne "First Time EP" (2018)
Chyba każdy z nas słyszał o grupie One Direction. Chłopcy z tego boysbandu narobili ogromnego zamieszania na rynku muzycznym, a ich twórczość dotarła do każdego zakątka świata. Dwa lata temu, panowie postanowili zakończyć działalność i skupić się na solowych projektach. Po udanych debiutach Zayna, Harrego i Nialla, przyszła pora na Liama...

Liam Payne nigdy nie był najpopularniejszym wokalistą w grupie One Direction. Mimo, że dostawał bardzo dużo solówek, to i tak zawsze pozostawał w cieniu. Niestety, wszystko wskazuje na to, że również w solowej działalności, Payne nie jest w stanie wybić się na pierwszy plan. Potwierdzeniem tego jest, składająca się z czterech kompozycji, epka First Time. Numer tytułowy, w którym gościnnie występuje raper French Montana, jest najlepszym momentem mini-albumu. Subtelne, latynoskie brzmienie, połączono tu z rhythmandblues'owym bitem. Utwór jest przyjemny i bujający, ale i tak nie zagości w moich słuchawkach na dłużej. Całkiem dobrze wypada, zaaranżowana na fortepian, ballada Depend On It. Jest prosta, emocjonalna i ukazuje najlepszą wokalną stronę Liama. Pozostałe dwie kompozycje są nieudane. Home With You przede wszystkim irytuje dziwnym refrenem. Ponadto, piosenka nudzi się niezwykle szybko. Slow natomiast nie wyróżnia się niczym szczególnym, grzeszy ogromną przeciętnością. Numer jest utrzymany w stylu electro-pop, a jego słuchanie nie sprawia żadnej przyjemności. 

Debiutancki mini-album Liama Payna to zbiór nieciekawych, bardzo zachowawczych kompozycji. Słuchając go, odniosłam wrażenie, że wokalista nie ma pomysłu na siebie. Na siłę próbuje być Timberlakem lub Bieberem, zamiast szukać własnego, niepowtarzalnego stylu. Mimo niepodważalnego talentu wokalnego, Liam nie potrafi skupić na sobie mojej uwagi. Szkoda, bo to zdolny chłopak. Niestety, z takim repertuarem nie odniesie sukcesu i szybko zniknie w tłumie.

*MOJA OCENA:⭐⭐+
Najlepszy utwór: First Time


Kailee Morgue "Medusa Ep" (2018)
Kailee Morgue jest dziewiętnastoletnią wokalistką i autorką tekstów, pochodzącą z Phoenix. Piosenkarka prowadzi także swój kanał na YouTube, na którym znaleźć można wiele coverów popularnych piosenek w jej wykonaniu. Amerykanka należy do wytwórni Republic Records, z którą w tym roku wydała swoją pierwszą epkę, zatytułowaną Medusa.

Jeszcze do niedawna nie miałam pojęcia o istnieniu Kailee Morgue. Na jej debiutancki mini-album trafiłam dzięki Waszym zgłoszeniom. Jak się okazało, młodziutka wokalistka jest bardzo uzdolnioną osobą. Szczególną uwagę przykuwa jej ciepły, nietuzinkowy wokal. Na Medusie znajdziemy cztery kompozycje, utrzymane w stylistyce alternatywnego popu. Najjaśniejszym punktem epki jest senne, magnetyczne Ghost Of Mine. Ogromnym atutem tej piosenki jest minimalizm. Melodyjne, chwytliwe "da,da,da" sprawia, że utwór wciąga bez reszty. Polubiłam także emocjonalne, intrygujące od pierwszych sekund Discovery, w którym dominują lekkość i spokój. Przyjemnie słucha się tytułowego numeru. Medusa jest oparta na prostocie i nowoczesności. To ciekawa kompozycja, w której wykorzystano stonowane, elektroniczne rozwiązania. Nie jest najciekawszym momentem płyty, ale daje radę. Album zamyka radosne Unfortunate Soul, wyróżniające się ładną gitarą w tle. Niestety, numer nie zachwyca, jest zwyczajnie poprawny.

Debiut Kailee Morgue jest materiałem dobrym. Piosenki zawarte na epce są skomponowane w ciekawy sposób, a wokal Amerykanki brzmi świetnie. Barwa jej głosu jest kojąca, słodka, ale nie w infantylny sposób. Piosenkarka ma w sobie coś hipnotyzującego, elektryzującego. Krążek pełen jest uroku, ale i mroku. Medusa jest spójna, ciekawa, ale nie robi jakiegoś spektakularnego wrażenia. Odnoszę jednak wrażenie, że stanowi dobry prognostyk na przyszłość. Będę obserwować rozwój tej artystki.

*MOJA OCENA:  ⭐⭐⭐+
Najlepszy utwór: Ghost Of Mine


*skala ocen 1-6

niedziela, 16 września 2018

111. Recenzja: LENNY KRAVITZ "Raise Vibration" (2018)

Lenny Kravitz jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystów ostatnich kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat. Mimo, że jego utwory rzadko docierały do szczytów list przebojów, to i tak osiągnął ogromny, światowy sukces. Na muzycznej scenie jest obecny od 1989 roku. W ciągu niespełna trzydziestu lat, wydał jedenaście albumów, dwie epki i ponad pięćdziesiąt singli.

Lenny Kravitz jest wokalistą, multiinstrumentalistą, autorem tekstów i producentem muzycznym. Ponadto, mogliśmy zobaczyć go w kilku produkcjach filmowych, takich jak "Igrzyska Śmierci". Analizując biografię artysty, możemy dostrzec wszechstronność i bardzo duży talent Kravitza. Jego twórczość jest mieszanką bluesa, rocka, soulu, r&b, a także funku i popu.  Mimo takiej rozbieżności gatunkowej, albumy wokalisty są spójne i lekkie. Jak zatem, na tle poprzedników, wypada tegoroczne Raise Vibration? Okazuje się, że całkiem dobrze.


Raise Vibration składa się z dwunastu kompozycji. Mogłoby się wydawać, że jest to idealna liczba - nie za dużo, nie za mało. Niestety, większość piosenek jest za długa. Sześcio, a nawet siedmiominutowe utwory są mankamentem tej płyty. Weźmy na przykład subtelne i niezwykle sensualne It's Enough. Jest to jedno z lepszych nagrań na krążku, ale trwa prawie osiem minut! Gdyby numer był o połowę krótszy, nie miałabym do niego żadnych zastrzeżeń. Muszę jednak docenić tą kompozycję, bo linie basu są tu rewelacyjne. Do elity zaliczam seksowne, nieco funkowe Low, będące jednym z najlepszych utworów tego roku. Genialna perkusja i chwytliwy, uzależniający refren sprawiają, że chce się włączyć replay. Co ciekawe, w piosence wykorzystano wokale Michaela Jacksona, więc warto się wsłuchać. Moje serce skradł numer Who Really Are The Monsters. Utrzymany jest w electro-funkowym stylu i nieco psychodelicznym nastroju. Świetnie wypadają tu recytowane fragmenty, a całość jest pełna świeżości. Warto zatrzymać się przy balladzie Here To Love, zaaranżowanej na fortepian. Kompozycja ukazuje Lennego od najlepszej wokalnej strony i co najważniejsze, jest bardzo emocjonalna.
"We must all unite, there's no more segregation
When you've seen the light there's nowhere else to go
And with peace in sight no walls could separate us
We would be as one because this earth's our home"
Kolejna piosenka, na którą trzeba zwrócić uwagę, to wyluzowane We Can Get It All Together. Utwór jest rytmiczny i bardzo energetyczny, dlatego idealnie wpasowuje się w twórczość Kravitza. Tytułowe Raise Vibration intryguje od pierwszych sekund.  To fajny, pulsujący numer, utrzymany w blues-rockowej stylistyce. Podoba mi się w nim to, że się rozwija z minuty na minutę, nie jest monotonny. Johnny Cash polubiłam za szczerość i nastrojowość. Nagranie to opowiada o miłości i stracie, jest ładne i zaskakuje delikatnością. Zupełnym jego przeciwieństwem jest wakacyjne 5 More Days 'Til Summer. To barwna, lekka, ciepła kompozycja, wprowadzająca ogrom słońca i zabawy.  Dobrze brzmi, wypełnione pozytywnymi wibracjami The Majesty Of Love, w którym na pochwałę zasługuje cudowny gitarowy riff. Co jeszcze znajdziemy na Raise Vibration? Mamy tu spokojne, wyważone Ride oraz romantyczne, pościelowe I'll Always Be Inside Your Soul. Najsłabszą piosenką jest natomiast wolne Gold Dust, które ani nie zachwyca, ani nie ciekawi. 

Jedenasty krążek Lennego Kravitza to dopracowany materiał. Od wielu lat, wokalista prezentuje bardzo równy, stabilny poziom. Atutem albumu są przede wszystkim melodie. Mimo, że niektóre z nich są proste, to i tak zwracają na siebie uwagę. Nie brakuje tu oryginalnych, nietypowych brzmień, co dodaje płycie różnorodności i wyjątkowości. Zaletą Raise Vibration są również partie wokalne. Głos artysty jest aksamitny i czysty, co sprawia, że słucha się go z ogromną przyjemnością. Najnowsze wydawnictwo Kravitza zrobiło na mnie pozytywne wrażenie. Jest to porządna dawka przyjemnej, gitarowej muzyki. Szkoda tylko, że krążek jest tak długi. Część piosenek ciągnie są w nieskończoność, a przecież można było ograniczyć ich długość do 3-4 minut.  

*MOJA OCENA: ⭐⭐⭐⭐+
Najlepsze utwory: Low, Who Really Are The Monsters, Here To Love, It's Enough

*skala ocen 1-6

poniedziałek, 10 września 2018

110. Recenzja: JUSTINE SKYE "ULTRAVIOLET" (2018)

Justine Skye jest piosenkarką, autorką teksów i modelką, pochodzącą z Nowego Jorku. Mimo swojego młodego wieku, wokalistka ma już spore doświadczenie w branży muzycznej. Współpracowała z producentami takimi jak: August Rigo czy Eric Hudson. Owocem tego są trzy epki oraz jeden longplay. Amerykanka nagrywa współczesną, rhythmandblues'ową muzykę, z elementami hip hopu, trapu i soulu. 

Pierwsze poważne kroki w show biznesie, Justine Skye zaczęła stawiać pięć lat temu. Od tamtej pory, piosenkarka cały czas doskonaliła swoje umiejętności, między innymi poprzez lekcje śpiewu. Ciężka praca opłaciła się i w styczniu 2018 roku, światło dzienne ujrzał pierwszy długogrający krążek Amerykanki - ULTRAVIOLET.  Ja na twórczość Justine trafiłam kilkanaście tygodni temu. Stylistyka, w której obraca się wokalistka oraz jej ciekawy wizerunek, zachęciły mnie do zapoznania się z płytą.  Czy piosenkarka jest kolejną, poważną kandydatką do miana księżniczki r&b? Niekoniecznie. 

Kompozycje, zawarte na ULTRAVIOLET można podzielić na dwie kategorie. Pierwszą z nich są zadziorne numery, z pazurem, w których dominują odważniejsze bity. Drugą natomiast są spokojniejsze utwory, wypełnione wdziękiem i urokiem. Swoją recenzję zacznę od pierwszej grupy. Należy do niej Wasteland, czyli nagranie, otwierające płytę. Jest to mocna, zapadająca w pamięć piosenka, należąca do grona moich faworytów. Szybko ją polubiłam za sprawą charakternego wykonania. Gorzej na jej tle wypada Goodlove, wyprodukowane przez PartyNextDoor. Ta niezwykle zuchwała kompozycja, w ogóle nie zrobiła na mnie wrażenia - jest zwyczajnie słaba. Lepiej jest w przypadku numeru You Got Me, w którym wpleciono spokojniejsze fragmenty. Uwagę słuchacza przykuwają tu śliczne falsety Justine. Swój pazur, piosenkarka prezentuje także w Lil Boy. Utwór brzmi dobrze, a utrzymany jest w stylistyce "typowego", nowoczesnego r&b. Fajny, nienachalny bit i pewna agresja w wykonaniu, stanowią o sile tej piosenki.
"If you wanna talk we can talk about it
But really there ain't nothing left to figure out"
Drugą grupę piosenek najlepiej reprezentuje singlowe Don't Think About That. Jest to lekkie, przebojowe i bardzo przyjemne nagranie, od którego bije fala optymizmu. Warto posłuchać również delikatnego Heaven. Ładną, ciekawą melodię, oparto na spokojnej elektronice, co spowodowało, że kompozycja ma w sobie coś z ballady. Podoba mi się tu łagodność i czystość w głosie piosenkarki. Kilka zarzutów mam do numeru Back For More, nagranego z wokalistą Jeremih. Utwór jest bardzo... płaski. Mimo, że zaskakuje klimatami reggae, to wcale nie buja i brzmi po prostu słabo. Nijakie jest też Best For Last, w którym przyjemnie brzmią tylko krótkie fragmenty. Łącznikami obydwu kategorii są U Don't Know i Push Ya. To chwytliwe kompozycje, z dużą ilością pozytywnej energii. Pierwsza z nich powstała we współpracy z WizKid'em. Wykorzystano w niej housowe, tropikalne brzmienia. Druga zaś zaskakuje słodyczą w refrenie i rozmarzonym, lekkim klimatem. Nie są to numery, do których chciałabym wracać, ale nie należą do nieudanych. 


Debiutancki longplay Justine Skye budzi we mnie mieszane uczucia. Nie brakuje na nim dobrych, przebojowych kompozycji, ale mimo to, pozostaje niedosyt. Plusami krążka są porządne podkłady muzyczne z fajnymi liniami basu, a także przyjemny, raz aksamitny, a raz zadziorny wokal piosenkarki. W mocniejszych utworach, Justine jest nieco agresywna, stara się być "cool", a w spokojniejszych nagraniach jest subtelna i urocza. Podoba mi się ta różnorodność, dlatego uważam ją za jeden z atutów płyty. Niestety, większość numerów jest pozbawiona oryginalności. Debiut Amerykanki nie jest materiałem odkrywczym, czy też wyjątkowym. Albumowi brakuje błysku i świeżości. Justine Skye jest postacią ciekawą, ale ginie w tłumie młodych, utalentowanych, rhythmandblues'owych wokalistek. ULTRAVIOLET to nic, czego bym wcześniej nie słyszała, ale ma bardzo dobre fragmenty. 

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐
Najlepsze utwory: Wasteland, Don't Think About That, Heaven


wtorek, 4 września 2018

109. Recenzje epek: DERMOT KENNEDY

Dermot Kennedy urodził się i wychował w Irlandii. Jest wokalistą, gitarzystą  i autorem tekstów. Ukończył szkołę muzyczną o klasycznym profilu. Swoje pierwsze, autorskie numery zaczął publikować w 2015 roku. Dwa lata później ukazała się pierwsza epka wokalisty, zatytułowana Doevs & Ravens. Dwanaście miesięcy po tym wydarzeniu, piosenkarz zaprezentował fanom kolejny mini-album - Mike Dean Presents: Dermot Kennedy. I to właśnie tym dwóm wydawnictwom postanowiłam się dokładniej przyjrzeć.

Stylistyka, w której obraca się Dermot Kennedy, to połączenie alternatywny z folkiem i spokojnym, gitarowym popem. Twórczość Irlandczyka jest melodyjna, szczera i bardzo emocjonalna. Idealnym tego przykładem jest numer A Closeness, otwierający Doves & Ravens. Piosenka rozpoczyna się spokojnie, a następnie zaskakuje ciekawym, rytmicznym bitem. Mimo tego, nie traci swojej subtelności. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie kompozycja Glory. Jest to nagranie z mocnym, wyrazistym refrenem, o którym trudno zapomnieć. Uwagę słuchacza przykuwają tu rewelacyjne dźwięki gitary, podkreślające dojrzałość i prawdziwość numeru. Wiele emocji budzi także, zaaranżowane na pianino,  All My Friends. Wokalista, za sprawą swojego ładnego głosu, bardzo skutecznie buduje napięcie w tym utworze. Doves & Ravens zamyka minimalistyczne Boston, od którego biją prostota i spokój. 

Druga epka artysty, czyli Mike Dean Presents: Dermot Kennedy, składa się z pięciu kompozycji. Stylistycznie, niewiele różnią się od tych, zawartych na pierwszym mini-albumie. Young & Free na długo pozostaje w pamięci słuchacza, za sprawą świetnego refrenu. To dobry, melodyjny numer, z nieco chaotycznym, ale intrygującym bitem. Warto posłuchać utworu Couldn't Tell, w którym Irlandczyk czaruje bardzo miękkim, ale zachowawczym, ostrożnym wykonaniem. Moje serce zabiło szybciej, a na skórze pojawiły się ciarki, gdy słuchałam wzruszającego An Evening I Will Never Forget/Furthest Thing. To emocjonalny kawałek, z głębokim, osobistym tekstem. Polubiłam także piękne Swim Good, będące coverem piosenki Franka Ocean'a z 2015 roku. Jest to nietuzinkowe nagranie. Kompletnie odbiega od oryginału, ponieważ nowoczesny, elektroniczny podkład muzyczny, zastąpiono prostą melodią, opartą wyłącznie na pianinie.  Krążek zamyka, zremiksowane przez Mike'a Dean'a - Moments Paseed. Numer jest ognisty i wybuchowy. Odbiega od reszty, ponieważ wzbogacono go o surową, nowoczesną elektronikę.
"When love was found
I kept my hope just like I'd hoped to
Then sang to the sea for feelings deep blue
And coming down"
Twórczość Dermot'a Kennedy'ego bardzo przypadła mi do gustu. W każdej piosence wokalisty wyczuwalne są: dojrzałość, wrażliwość i autentyczność. Utwory Irlandczyka bogate są zarówno w piękno, jak i w brutalność. Piosenki opowiadają o młodości, miłości, starcie. Teksty są świetnie napisane i oparte na osobistych doświadczeniach artysty. Obydwie epki bardzo mi się podobają. Pierwsza jest bardzo minimalistyczna, prosta, ale przede wszystkim zachwyca wdziękiem, urokiem i szczerością. Druga podoba mi się odrobinę bardziej. Historia na niej zawarta jest spójna i urzekająca, a aranżacje powodują szybsze bicie serca. Warto zatrzymać się na chwilę przy wokalu Dermot'a. Jego barwa jest czysta, wyrazista i elektryzująca. Dzięki niej, utwory jeszcze bardziej zyskują na wartości. Cieszę się, że zupełnie przypadkowo trafiłam na tę postać. Dermot Kennedy jest zdolny i wie jak wykorzystywać swój talent. Wzrusza i czaruje, a mi to bardzo odpowiada.

DOVES & RAVENS: ⭐⭐⭐⭐+
Najlepsze utwory: Glory, All My Friends

MIKE DEAN PRESENTS DK: ⭐⭐⭐⭐⭐
Najlepsze utwory: An Evening I Will Never Forget/Furthest Thing, Swim Good




piątek, 31 sierpnia 2018

108. Moje muzyczne podsumowanie miesiąca: SIERPIEŃ'18

I. NAJLEPSZE UTWORY, KTÓRE UKAZAŁY SIĘ W SIERPNIU

[SABRINA CLAUDIO - MESSAGES FROM HER & NAKED] Pierwszego sierpnia światło dzienne ujrzał singiel Messages From Her, będący zapowiedzią najnowszego wydawnictwa Sabriny Claudio. Numer bardzo szybko przypadł mi do gustu, za sprawą pięknej, rytmicznej melodii i genialnego, emocjonalnego wykonania. Drugą piosenką, którą chcę wyróżnić jest subtelne Naked. Rewelacyjna gitara, wolne tempo i świetna warstwa tekstowa sprawiają, że nie można przejść obojętnie obok tej kompozycji.
[H.E.R - FEEL A WAY & COULD'VE BEEN] Kilka tygodni temu sięgnęłam po najnowszą epkę Gabrielli Wilson. Piosenka Feel a Way spodobała mi się natychmiastowo. To dobry, urozmaicony utwór, prosty w swoim przesłaniu, ale pełen czaru. Harmonijny, genialnie zaśpiewany refren stanowi najmocniejszy punkt nagrania. Polubiłam także mgliste, pełne żalu Could've Been, w którym wokalistce towarzyszy Bryson Tiller.
[ARIANA GRANDE - SUCCESSFUL & BREATHIN] Sporego zamieszania w sierpniu narobiła Ariana Grande. Jej czwarty krążek wywołał wiele dyskusji. Jedni się zachwycają, drudzy nie szczędzą krytyki. Na Sweetener nie brakuje jednak dobrej muzyki, a najlepszym tego dowodem są: pomysłowe, pełne wdzięku successful oraz sensualne, wypełnione emocjami breatin. Obydwie kompozycje ukazują piosenkarkę od najlepszej strony i pozostawiają po sobie bardzo przyjemne, pozytywne wrażenia. 
[MIGUEL - BANANA CLIP SPANISH] Miguel od dłuższego czasu przygotowuje się do wydania hiszpańskojęzycznej płyty. Wszystko wskazuje na to, że wokalista jest na dobrej drodze. Kilka tygodni temu ukazała się alternatywna wersja piosenki Banana Clip, którą wcześniej usłyszeć mogliśmy na War & Leisure. Nowa odsłona jest lekka, przyjemna i bardzo ...wakacyjna. W sam raz na zbliżające się, jesienne dni :)

II. ALBUMY, KTÓRE POZNAŁAM W SIERPNIU


Początek sierpnia upłynął mi z muzyką Jessie J. Przygotowywałam się do recenzji jej najnowszego projektu R.O.S.E, dlatego postanowiłam zapoznać się z jej wcześniejszymi dokonaniami. Jako, że debiutancki album piosenkarki poznałam dużo wcześniej, to zaczęłam od jej drugiej płyty. Alive (2013) w ogóle na mnie wrażenia nie zrobiło - wręcz przeciwnie, rozczarowało. Sweet Talker (2014) natomiast mimo, że nie zachwyca, to przynajmniej fragmentami ciekawi. Podczas poszukiwań nowych, interesujących artystów trafiłam na Dermot'a Kennedy'ego. Zapoznałam się z dwoma epkami wokalisty, a ich recenzje pojawią się na blogu za kilka dni. Posłuchałam również debiutanckich materiałów Kiany Lede i Bryson'a Tiller'a. Zarówno na Selfless (2018), jak i na Trapsoul (2015) znalazłam coś dla siebie. Spodobała mi się ciekawa, stylowa epka H.E.R - I Used To Know Her (2018) oraz piękny, dojrzały projekt Sabriny Claudio - no rain, no flowers (2018). Dalej zgłębiam dyskografię Lennego Kravitz'a. W tym miesiącu poznałam trzy krążki Amerykanina: Lenny (2001), Baptism (2004) oraz It's Time For a Love Revolution (2008). Każdy z nich ma wiele fajnych momentów, dlatego z pewnością będę do nich wracać. Zestawienie zamykają: Vibras (2018) od J Balvin'a oraz The Space Between (2017) zespołu Majid Jordan.

III. PODSUMOWANIE WG LAST.FM

TOP 5 PIOSEEK
1. Sabrina Claudio - Messages From Her
2. Miguel - Python
3. CNCO - Se Vuelve Loca (Spanglish)
4. twenty one pilots - Niko and the Niners
5. TACONAFIDE - Tamagotchi

TOP 5 ARTYSTÓW
1. Sabrina Claudio
2. Jessie J
3. Ariana Grande
4. Lenny Kravitz
5. Miguel

TOP 5 ALBUMÓW
1. Ariana Grande "Sweetener"
2. Sabrina Claudio "no rain, no flowers"
3. Kali Uchis "Isolation"
4. Kiana Lede "Selfless EP"
5. H.E.R "I Used To Know Her EP"

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

107. Recenzja: SABRINA CLAUDIO "no rain, no flowers" (2018)

Sabrina Claudio jest amerykańską wokalistką i autorką tekstów. Urodziła się i dorastała w Miami, ale jej korzenie sięgają Portoryko oraz Kuby. Swoją muzyczną drogę rozpoczynała, tak jak większość młodych gwiazd, a mianowicie - od wrzucania utworów do sieci. Początkowo były to covery, udostępniane na YouTubie, a potem autorskie kawałki, którymi dzieliła się na SoundCloudzie. W 2017 roku wydała swoją pierwszą, studyjną epkę, zatytułowaną Confidently Lost, a kilka miesięcy później mixtape pt. About Time.

Pierwszy raz o Sabrinie Claudio usłyszałam za sprawą piosenki Cross Your Mind, nagranej na potrzeby soundtracku Fifthy Shades Freed. Wokalistka zrobiła na mnie pozytywne wrażenie, dlatego postanowiłam zapoznać się z jej twórczością. Szybko polubiłam zarówno epkę, jak i mixtape piosenkarki. Moje oczekiwania względem jej najnowszego projektu były zatem bardzo duże. Nastawiałam się na dawkę stylowej, klimatycznej, ale przede wszystkim dobrej muzyki. Czy to otrzymałam? Jak najbardziej.


Materiał no rain, no flowers składa się z zaledwie ośmiu kompozycji. Są one utrzymane w stylistyce, łączącej współczesne r&b z alternatywą i neo-soulem. Album otwiera sensualne Come Home. To delikatny i bardzo nastrojowy numer, przyciągający uwagę słuchacza. Artystka, w piękny sposób, śpiewa tu o uczuciach i tęsknocie. Do najlepszych momentów krążka zaliczam subtelne Naked. Rewelacyjna gitara, wolne tempo i świetna warstwa tekstowa sprawiają, że nie można przejść obojętnie obok tego utworu. Bardzo szybko go polubiłam i na pewno nie raz do niego powrócę. Przyjemnie wypada również piękne, jakże rytmiczne Cycle, w którym doszukać się można kilku ciekawych metafor. W majestatycznym Creation Sabrina Claudio, w nieco zawistny, ale bardzo lekki sposób, śpiewa o byłym partnerze. To kolejna propozycja od Amerykanki, której nie można ot tak pominąć. 
"I prepared you for her, damn
Didn't you turn out perfect?
She must wanna thank me
For leaving her with your best version"
Drugą część no rain, no flowers otwiera nagranie, które mogliśmy usłyszeć przed premierą albumu. Numb, bo o tej piosence mowa, to najbardziej "żywiołowa" kompozycja w stawce. Refren jest tu troszeczkę monotonny, ale mimo to, numer ma pewien błysk, sprawiający, że miło się go słucha. Moje serce skradł utwór Did We Lose Our Minds. To smutny, zarówno w wykonaniu, jak i w warstwie tekstowej kawałek, który czaruje prostotą i spokojem. Minimalistyczne Control polubiłam za ciekawą, opartą na elektronicznych rozwiązaniach melodię. Najlepszą piosenką na no rain, no flowers jest natomiast genialne Messages From Her. Kompozycja ta zachwyca już od pierwszych dźwięków gitary. Prosty, melodyjny refren zostaje w głowie na bardzo długo, za sprawą uroczego "da da da da da". To numer, z którego wokalistka jest najbardziej dumna. Nie dziwę jej się, ponieważ utwór budzi wiele emocji i stanowi najjaśniejszy punkt w całej dyskografii artystki. 

Album no rain, no flowers sprostał moim oczekiwaniom. Jest przede wszystkim stabilny i bardzo równy. Kompozycje na nim zawarte są ładne, subtelne, nastrojowe. Atutem płyty jest jej niebanalna otoczka. Klimat, jaki stworzyła sobie Sabrina jest ciepły i emocjonalny. W głosie piosenkarki jest dużo słodyczy, ale utwory są wypełnione głównie smutkiem. Minimalistyczne wokale i nowoczesne, rhythmandblues'owe melodie powodują, że słuchacz szybko się rozpływa. Na no rain, no flowers znajdziemy sporo dobrej muzyki, okraszonej wdziękiem i urokiem. Jeśli szukacie muzyki na smutniejsze lub deszczowe dni, to polecam Wam twórczość Sabriny Claudio, bo talentu jest tu co nie miara.

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐⭐⭐
Najlepsze utwory: NakedDid We Lose Our Minds, Messages From Her


czwartek, 23 sierpnia 2018

106. Recenzja: ARIANA GRANDE "Sweetener" (2018)

Ariana Grande swoją karierę w showbiznesie rozpoczynała od aktorstwa. Zgrała w kilku popularnych produkcjach dla dzieci i młodzieży. Pierwsze muzyczne kroki zaczęła stawiać dziesięć lat temu. Występowała wówczas w różnego rodzaju musicalach i przedstawieniach. Momentem przełomowym w karierze piosenkarki, okazał się serial Victorious, w którym Ariana mogła zaprezentować swoje wokalne umiejętności szerszemu gronu odbiorców. Dziś, wokalistka ma na koncie cztery studyjne albumy, a ostatni z nich narobił sporego zamieszania w muzycznym świecie. 

Jeszcze do niedawna nie darzyłam sympatią Ariany Grande. Sytuacja uległa zmianie, kiedy zapoznałam się z krążkiem Dangerous Woman z 2016 roku. Wtedy zaczęłam doceniać ogromny, nietuzinkowy talent Amerykanki. Moje oczekiwania względem Sweetener były więc duże. Tym bardziej, że pierwszy singiel, zapowiadający wydawnictwo, wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Jak zatem prezentuje się najnowszy materiał artystki? Zapraszam do zapoznania się z recenzją. 


Sweetener składa się z piętnastu kompozycji, łączących ze sobą r&b, pop, trap i soul. Za jego brzmienie odpowiadają m.in. Pharrell Williams, Max Martin czy Ilya Salmanzadeh. Na papierze wygląda to imponująco, prawda? Czy tak jest w rzeczywistości? Po części tak. Album otwiera króciutkie, ale jakże piękne raindrops (an angel cried). Numer jest bardzo melodyjny i starannie wykonany. Dalej mamy "pharrell'owskie" blazed, czyli ciekawie zbudowane nagranie, utrzymane w funky klimacie. To porządny utwór, w którym szczególnie podobają mi się wyraziste klawisze i świetna perkusja. The light is coming lubię tylko fragmentami. Moim zdaniem, ta piosenka jest nieco przekombinowana. Dzieje się w niej za dużo, a rapowana zwrotka Nicky Minaj bardzo szybko odchodzi w zapomnienie. Szkoda, bo wyczuwam tu spory potencjał. Marzycielskie R.E.M to urocza, spokojna, ociekająca słodyczą kompozycja, opowiadająca o mężczyźnie ze snów wokalistki. Trap-popowe God is a woman z kolei zachwyca genialnym bitem. Jest to chwytliwy, feministyczny numer, do którego lubię powracać. Nie do końca przekonuje mnie tytułowe Sweetener. Przeszkadzają mi w nim dziwne, irytujące dźwięki, niczym z gry komputerowej.  Sytuację ratuje pomysłowe successful. Subtelność w głosie piosenkarki cudowanie się tu sprawdza i nadaje utworowi wdzięku. Ponadto, nagranie jest bardzo inspirujące. 
"Yeah, it feels so good to be so young
And have this fun and be successful
I'm so successful, yeah"
Druga część płyty prezentuje się całkiem nieźle. Pulsujące, rhythmandblues'owe everytime zaczyna się bardzo delikatnie, by potem zaskoczyć przebojowością. Polubiłam sensualne breathin, które ma w sobie dużo dobrego stylu i emocji. Dance-popowe no tears left to cry bogate jest w dźwięki, na które nie każdy artysta by się zdecydował. To nowoczesny i nieszablonowy utwór, będący jednym z mocniejszych punktów krążka. Warto posłuchać stonowanego, emocjonalnego better off oraz romantycznego przerywnika pete davidson. W get well soon podoba mi się melodia, przykuwająca uwagę od pierwszych sekund. Niestety, piosenka jest za długa, dlatego szybko się nudzi. Nie najlepiej prezentuje się nużące goodnight n go oraz przeciętne borderline (ft. Missy Elliott). Pierwsza z nich może się bronić nastrojowością, druga zaś dobrymi hookami.  Poza tym, nie wnoszą na album nic wartościowego. 

Od młodych, utalentowanych artystów oczekuję, że ich każdy kolejny krążek będzie lepszy niż poprzedni. Niestety, Ariana Grande nie przeskoczyła poprzeczki, którą dwa lata temu sama sobie ustawiła. Mimo, że Sweetener nie jest albumem lepszym od Dangerous Woman, to i tak muszę go docenić. Jest to spójny, dojrzały i świetnie wyprodukowany materiał, na którym nie brakuje dobrej muzyki. Największym jego atutem jest klimat. Wokalistka zbudowała sobie niepowtarzalną, uroczą i słodką scenerię, w której porusza się idealnie. Jej głos brzmi rewelacyjnie w każdej kompozycji. Szkoda tylko, że w pewnym momencie wkradła się nuda. Gdyby artystka ograniczyła tracklistę o 3-4 numery, to krążek byłby ciekawszy. 

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐⭐
Najlepsze utwory: God is a woman, successful, breathin, no tears left to cry


piątek, 17 sierpnia 2018

105. Recenzje EP'ek: H.E.R & KIANA LEDE

H.E.R "I Used To Know Her: The Prelude" EP (2018)
H.E.R, a właściwie Gabriella Wilson, urodziła się w 1997 roku, w Kalifornii. Jest wokalistką młodego pokolenia, reprezentującą współczesne r&b. Ma w swoim  dorobku jeden longplay z roku 2017 i cztery epkki. Ostatnia z nich ukazała się kilkanaście dni temu.

Z twórczością H.E.R zetknęłam się niedawno. Pierwszy raz usłyszałam o niej w czerwcu, za sprawą numeru This Way, nagranego z Khalidem. Piosenka ta szybko przypadła mi do gustu, a młodziutka artystka wzbudziła moją ciekawość. Jej najnowszy materiał, zatytułowany I Used To Know Her: The Prelude, zaintrygował mnie. Składa się on z sześciu kompozycji, utrzymanych w ciekawym, stonowanym brzmieniu. Płytę otwiera utwór Lost Souls, inspirowany twórczością Lauryn Hill. Jest to fajne nagranie, w którym szczególną uwagę przykuwa mocny, nieco agresywny, hip-hopowy bit. Wokalistka  postanowiła zaprezentować nam swoje rapujące oblicze. Porusza tu tematy takie jak pewność siebie czy feminizm. Do najlepszych momentów zaliczam mgliste, pełne żalu Could've Been. Jest to klimatyczny, stonowany numer, w którym usłyszeć możemy Bryson'a Tiller'a. Jego obecność jest ogromnym atutem kompozycji. Szybko do gustu przypadło mi Feel a Way. To dobry, urozmaicony utwór, prosty w swoim przesłaniu, ale pełen czaru. Harmonijny, genialnie zaśpiewany refren stanowi najmocniejszy punkt nagrania.  Co jeszcze podarowała nam H.E.R? Mamy tu króciutkie, ale bardzo przyjemne w odbiorze Be On My Way oraz rytmiczne, zwracające na siebie uwagę As I Am. Mieszane odczucia budzi delikatne Against Me. Tempo jest jednostajne i nie dzieje się tu nic szczególnego. Atutem kawałka jest recytowana końcówka.

I Used To Know Her: The Prelude pokazuje, że H.E.R jest ważną postacią w kobiecym r&b. Epka ta jest naprawdę dobra. Mimo kilku niedociągnięć, pozostawia po sobie same pozytywne wrażenia. Każda z piosenek jest skomponowana w ciekawy sposób. Album jest brutalnie szczery i bogaty w różnorodne emocje. Podobają mi się osobiste teksty i nowoczesne bity. Co mogę zarzucić artystce? Na pewno to, że momentami robi się odrobinę monotonnie.

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐⭐
Najlepsze utwory: Lost Souls, Could've Been, Feel a Way


KIANA LEDE "Selfless" EP (2018)
Kiana Lede jest wokalistką, autorką tekstów, aktorką i producentką. Urodziła się i dorastała w Arizonie. Ma na swoim koncie kilka ról telewizyjnych i filmowych. Muzyczną przygodę zaczynała od coverów. Jej interpretacje numerów Rihanny, Drake'a czy Khalid'a można odnaleźć na platformie Spotify. 

Na ep'kę Kiany Lede trafiłam, gdy szukałam dla siebie nowej muzyki. Jak się okazało, z wokalistką miałam już do czynienia kilka miesięcy temu, ponieważ jedna z jej kompozycji znalazła się na, recenzowanym przeze mnie, soundtracku do ostatniej części przygód Christina Grey'a. Selfless to pierwszy, tak poważny projekt piosenkarki. Ukazał się on trzynastego lipca, nakładem wytwórni Republic Records. Na debiut artystki zebrało się siedem numerów. Bazują one na gatunkach takich jak r&b czy soul. Epkę otwiera utwór Get In The Way. Jest chwytliwy, prosty i pozostaje w głowie na długo po wysłuchaniu. Podobnie jest w przypadku piosenki Shame, która pełna jest pozytywnych wibracji. Nagranie to, ukazuje wokalne umiejętności Kiany od najlepszej strony. Przebojowe Show Love utrzymane jest w klubowej, rhythmandblues'owej stylistyce. To porządna kompozycja, inspirowana wczesnymi latami dwutysięcznymi. Do lepszych numerów zaliczam sensualne, delikatne Ex. Jest tu dużo uroku i swobody, a gitarowe intro buduje cudowny klimat. Pozytywna energia bije od Wicked Games, w którym podoba mi się aranżacja. Akustyczne, rozmarzone Take It All jest niezwykle czarujące, a lekkie Fairplay (Remix) zachwyca bitem i nieco miejskim brzmieniem. 

Debiutancki materiał Kiany Lede nie należy do najambitniejszych albumów. Jednakże, docenić muszę zaangażowanie artystki oraz jej koncepcję na krążek. Selfless pełne jest pozytywnych wibracji i przyjemnych brzmień. Epka jest udana, aczkolwiek brakuje mi tu porządnej, chwytającej za serce ballady. Numery zawarte na płycie są lekkie i łatwo wpadają w ucho, a głos wokalistki urzeka swoim ciepłem. Niby nic wielkiego, a cieszy ucho. 

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐⭐
Najlepsze utwory: Show Love, Ex, Firepaly (Remix)