środa, 30 sierpnia 2017

054. Recenzja: FIFTH HARMONY 'Fifth Harmony' (2017)


Grupa Fifth Harmony powstała w roku 2012 na potrzeby amerykańskiej wersji show X Factor. Każda z dziewczyn przyszła na casting solo, ale po kolejnym etapie przesłuchań postanowiono połączyć je w zespół. Dziewczyny radziły sobie bardzo dobrze na listach przebojów z numerami Worth It czy Work From Home

W grudniu 2016 roku grupę opuściła Camila Cabello, która to od początku istnienia Fifth Harmony kreowana była na najważniejszą gwiazdę zespołu. Dodam, iż wokalistki rozstały się w dość burzliwych okolicznościach, a Cabello przyznała, że nie utrzymuje kontaktów z byłymi koleżankami. W czerwcu tego roku ukazał się pierwszy singiel zapowiadający najnowsze wydawnictwo grupy. Numer Down nie narobił tak dużego zamieszania, jak się spodziewano. Jak zatem prezentuje się cały krążek? Okazuje się, że Dianh Jane, Ally, Lauren i Normani poradziły sobie nie najgorzej. Zapraszam do zapoznania się z recenzją trzeciego albumu Fifth Harmony. 

Najnowsze wydawnictwo wokalistek składa się z dziesięciu kompozycji. Do gustu szczególnie przypadły mi cztery piosenki. Pierwsza z nich to Sauced Up. Jest to porządnie wyprodukowany, przebojowy numer, który według mnie idealnie pasuje do dziewczyn. Bardzo spodobało mi się również Don't Say You Love Me. Jest to jedna z wolniejszych kompozycji na płycie, która czaruje ładną melodią, fajnym tekstem i świetnym wykonaniem. Nie mogłam przejść obojętnie obok energetycznego Deliver, którego najmocniejszym punktem jest ciekawie brzmiący refren. Grono moich ulubieńców zamyka trochę zadziorne, a trochę delikatne Lonely Night. Te cztery numery zabieram ze sobą i na pewno będę do nich powracać. 

If you don't treat ya mama right, bye bye, bye bye
If you got another chick on the side, bye bye, bye bye
You look everywhere but my eyes, bye bye, bye bye

Kolejna grupa utworów to piosenki niezłe, które mogą się podobać, ale nie wywierają większego wrażenia. Na ich czele stoi spokojne Bridges, które przykuwa uwagę bardzo dobrym, nieco politycznym tekstem. Przyjemnie słucha się numeru Make You Mad, który zawiera elementy tropical house. Nie najgorzej wypada także promocyjne Angel, w którym hip hopowy beat w zwrotkach połączono z delikatnym refrenem (za  produkcję tego utworu odpowiada Skrillex).  Do He Like That mam natomiast mieszane odczucia. Niby podobają mi się zwrotki, ale refren brzmi strasznie kiczowato. Numer jest bardzo komercyjny, dlatego wcale się nie dziwię, że został kolejnym singlem. Widać, że dziewczyny i ich ekipa chcą ratować niepowodzenie głównego singla.
You got that good boy attitude and yeah, I kind like it
You got the tats on your arm got a bad girl excited
Zdecydowanie najgorszą kompozycją na krążku jest wspomniane wcześniej Down. Ten numer jest naprawdę bardzo słabiutki. Nie rozumiem czemu w ogóle znalazł się na krążku. Mam wrażenie, że jest to drugie Work From Home. Dziewczyny powielają ten sam schemat, w którym refren składa się z ciągłego down, down, down.... To brzmi męcząco i po prostu źle. Nie rozumiem też zamysłu na Messy. Nie jest to aż tak zły utwór, ale jest zwyczajnie nijaki, nudny. 

Fifth Harmony zdecydowanie podoba mi się bardziej niż Reflection czy 7/27. Na wcześniejszych krążkach słychać było, że dziewczyny ciągle szukają swojego brzmienia. Te poszukiwania kontynuowane są także na trzecim albumie, ale tym razem mam wrażenie, że wokalistki znalazły w końcu swój styl. Być może tworzenie numerów w stylu Sauced Up, Deliver czy Don't Say You Love Me pozwoli dziewczynom spokojnie patrzeć w przyszłość. Nie mogą one pozwolić na to by tego typu utwory były spychane na drugi plan. Promowanie Down czy nawet He Like That nie poprawi złej, według mnie reputacji grupy. Płyta Fifth Harmony jest ciekawa. Może nie jest to coś niezwykle nowatorskiego, ale momentami naprawdę może się podobać. Uważam, że Dinah Jane, Ally, Lauren i Normani w końcu brzmią jak zespół, a ich najnowsze wydawnictwo jest ich najlepszym.

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐⭐
Najlepsze: Sauced Up, Deliver, Don't Say You Love Me, Lonely Night
Najsłabsze: Down, Messy


UWAGA! Od dziś, w specjalnie stworzonej ankiecie, można oddawać głosy na albumy, których recenzje chcielibyście przeczytać na tym blogu. Zgłaszać można dowolną liczbę płyt, ale prosiłabym wyłącznie o krążki z gatunków: POP i R&B. Oto link do ankiety. https://www.interankiety.pl/i/mJDX03rJ

środa, 23 sierpnia 2017

053. Recenzja: JOJO 'Mad Love." (2016)


Jojo, a właściwie Joanna Levesque, swoją karierę rozpoczęła przeszło dekadę temu. Wokalistka zadebiutowała w 2004 roku albumem Jojo, z którego pochodzi jej pierwszy hit Leave. Dwa lata później ukazał się krążek The High Road, promowany przebojem Too Little Too Late. Na trzecią płytę fani piosenkarki czekali 10 lat. Oczywiście, artystka wydała w międzyczasie kilka mixtape'ów i ep'ek, ale bez żadnego rozgłosu. Jak Joanna wypadła po tak długiej przerwie? Czy Mad Love to kolejny zwykły, popowy materiał dla nastolatek? Nie do końca.

Mad Love ukazało się w październiku 2016 roku za pośrednictwem wytwórni Atlantic. Podstawowa wersja krążka zawiera 11 utworów. Szczerze przyznam, że każdy kolejny kawałek wnosi coś ciekawego. Do moich ulubionych piosenek zalicza się przede wszystkim I Can Only nagrane z kanadyjską artystą Alessią Carą. Jest to bardzo udana kolaboracja. Głosy dziewczyn ładnie ze sobą współgrają. Kolejnym utworem, który mnie oczarował jest delikatne, ale nie do końca balladowe Honest. Numer ten ma w sobie tak wiele wdzięku i subtelności, że nie można go ot tak pominąć.
Why do we have to call it the nice shit?
Why do we have to hide all of our vices?
You just don't like it when I'm just open
I'm not crazy, this isn't a crisis
Do grona moich faworytów zalicza się także świetnie zaśpiewane Mad Love. Moją szczególną uwagę przykuły tu stylowe oldschool'owe brzmienia. Jest to piosenka, która spokojnie mogłaby znaleźć się na krążku Ariany Grande. Bardzo polubiłam także Like This, które w sposób umiejętny łączy ze sobą pop i r&b. Podoba mi się również zadziorne FAB oraz nieco mocniejsze High Heels. Warto posłuchać także klimatycznego Edibles. Nieźle na ich tle wypada singlowe F**k Apologies, nagrane we współpracy z Wiz Khalifą. Jest to fajny numer z pazurem i wpadającą w ucho melodią. 
And honestly I was just about to pick up the phone
And then I realized that I didn't do nothing wrong
You would even tell two lies to prove that you were right
Usually I'd go on and take the blame but not this time, not this time
Przyjemnie słucha się emocjonalnie zaśpiewanego utworu pt. Music. Kompozycja ta oparta jest na pięknych dźwiękach pianina. Nie do końca przekonuje mnie klubowe Vibe. Jest to piosenka, która momentami brzmi fajnie i ciekawie, ale innymi momentami jest troszkę przekombinowana. Dodatkowo muszę wspomnieć, że chwilami mam wrażenie, że słyszę tu Selenę Gomez. Album zamyka I Am, charakteryzujące się prostą, nieskomplikowaną melodią. Na ogół podoba mi się wokal Jojo, ale w tym przypadku uważam, że artystka przesadziła. Utwór jest wyraźnie przekrzyczany, co jest ogromnym minusem. Szkoda, bo naprawdę nie miałabym się do czego przyczepić. 

Mad Love. to bardzo dobry album. Spośród jedenastu piosenek, nie jestem w stanie wskazać ani jednej złej kompozycji. Oczywiście jedne podobają mi się bardziej, inne troszkę mniej, ale wszystkie są dobre. Krążek utrzymany jest w bardzo przyjemniej stylistyce, bazującej na połączeniach popu z r&b. Jeśli ktoś zatem spodziewał się po Jojo słabego, cukierkowego popu, to był w błędzie. Numery na Mad Love. są fajnie skomponowane i przyzwoicie wyprodukowane. Podobają mi się także emocjonalne i niezwykle osobiste teksty. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tą płytą i coś mi mówi, że często będę do niej powracać. 

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐⭐⭐
Najlepsze: I Can Only, Mad Love, Honest, Like This
Najsłabsze: brak

środa, 16 sierpnia 2017

052. Recenzja: THE WEEKND 'Starboy' (2016)


The Weeknd, a właściwie Abel Tesfaye, zadebiutował w roku 2013 albumem Kiss Land. Kariera Kanadyjczyka nabrała tempa dwa lata później za sprawą przebojowego numeru I Can't Feel My Face oraz klimatycznego utworu The Hills. W listopadzie 2016 roku ukazał się trzeci studyjny krążek piosenkarza, zatytułowany Starboy. Muszę przyznać, że po raz pierwszy sięgam po płytę tego artysty. Nie znam jego wcześniejszych krążków przez co nie mogę się w żaden sposób do nich odwołać. Długo zbierałam się, żeby posłuchać Starboy, po licznych próbach w końcu mi się udało. 

Pierwszą rzeczą, która od razu mnie przeraziła jest liczba utworów. Gdy zobaczyłam, że jest ich aż 18, od razu pomyślałam "oby były dobre". Nie lubię, gdy płyty ciągną się w nieskończoność, a ta liczba to już dla mnie duży tłok. Pierwsze cztery numery bardzo mnie zaciekawiły. Tytułowe Starboy to jedna z moich ulubionych singlowych piosenek 2016 roku. Utwór utrzymany jest w stylistyce z pogranicza popu i r&b i electro. Jest to bardzo fajne otwarcie krążka. Dobrze wypada także zawierające elementy trapu Party Monster, chociaż na początku nie podobał mi się ten kawałek. Ciekawym "eksperymentem" okazało się False Alarm, które można określić jako taneczne nagranie z punkowymi elementami. Podobać może się także typowe rhythmandblues'owe Reminder.
House so empty, need a centerpiece
Twenty racks a table cut from ebony
Cut that ivory into skinny pieces
Then she clean it with her face man I love my baby
You talking money, need a hearing aid
Do moich ulubionych numerów z albumu zaliczam przede wszystkim Sidewalks, nagrane z raperem Kendrick'em Lamar'em. Uważam, iż jest to najlepsza kompozycja na krążku. Moją uwagę przyciągnęła świetna melodia, bardzo dobre wykonanie i niezwykle udana zwrotka rapera. Co jeszcze szczególnie zapadło mi w pamięć? Popowe,  przebojowe A Lonely Night, w którym można doszukać się elementów funku, a także przyjemne dla ucha Love To Lay, które wyróżnia się chwytliwym refrenem. Nie najgorzej brzmią Ordinary Life oraz Die For You, ale nie pozostawiają po sobie większego śladu. 

Druga część krążka jest jednak bardzo nudna, a wręcz słaba. Bez większego zainteresowania przeszłam obok nudnego Attention i oklepanego Nothing Without You. Nie zachwyca także spokojne True Colors. Najsłabszymi punktami albumu, wydają się być jednak I Feel It Coming oraz Rockin'. Pierwszej z nich najzwyczajniej w świecie nie cierpię. Ilekroć słyszę ją na stacjach muzycznych, od razu przełączam. Numer nagrany z Daft Punk jest straszenie męczący, dlatego na pewno do niego nie wrócę. Natomiast utrzymane w klubowym stylu Rockin' jest po prostu złe, a nawet bardzo złe.

Po pierwszym wysłuchaniu albumu Starboy, byłam bardzo, ale to bardzo znudzona. Okazało się, że niektóre numery zyskały nieco po drugim podejściu. Niestety, nie wszystkie. Dla mnie krążek ten to świetnie wyprodukowany, nowatorski materiał, z dużym potencjałem, ale momentami zbyt nudny. Tak duża liczba piosenek powoduje, że dobry głos wokalisty zaczął mnie bardzo denerwować. Ogromnym zarzutem jest są także bardzo oklepane, przewidywalne teksty. Mam mieszane odczucia odnośnie tej płyty. Z jednej strony produkcja, stojąca na najwyższym poziomie,  z drugiej męczący mnie wokal.  Nie będę ukrywać, że sporo numerów porządnie mnie wynudziło. A co może być gorszego od nudy?

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐
Najlepsze: Starboy, Sidewalks, A Lonely Night, Love To Lay
Najsłabsze: I Feel It Coming, Rockin', Nothing Without You


czwartek, 3 sierpnia 2017

051. Recenzja: HARRY STYLES 'Harry Styles' (2017)


Po ogromnym sukcesie boysbandu One Direction, Harrego Styles'a zna każda nastolatka na świecie. Panowie wykonywali wpadającą w ucho, komercyjną, popową muzykę. Powiedzmy sobie szczerze, nie zawsze była to twórczość wysokich lotów. W 2016 zespół zawiesił działalność, a  każdy z wokalistów poszedł w swoją stronę. A dokładniej mówiąc, każdy w zupełnie innym muzycznym kierunku. Jeszcze niedawno oczy wszystkich skierowane były na Zayn'a Malika, który jako pierwszy zaprezentował nam swój debiutancki album. Zebrał on wiele pochlebnych opinii. Czy Styles'owi udało się dorównać koledze, czy może go przebił? Zapraszam do zapoznania się z recenzją. 

W kwietniu tego roku, Harry zaprezentował słuchaczom swój debiutancki solowy singiel. Sign Of The Times to jedna z moich ulubionych kompozycji 2017 roku, jednocześnie najlepsza, według mnie piosenka na albumie. Piękna melodia oparta jest w niej przede wszystkim na dźwiękach fortepianu. Numer utrzymany jest w stylistyce soft rocka i pop rocka. Łączy on ze sobą delikatne zwrotki z nieco mocniejszym, świetnie zaśpiewanym refrenem. Elitę krążka stanowią kawałki takie jak: Kiwi czy Woman. Pierwszy z nich to żywiołowy utwór, oparty na niezwykle ciekawych gitarowych brzmieniach. Drugi natomiast, to bardzo zmysłowy numer, charakteryzujący się prostym refrenem oraz spokojnym wykonaniem. Wśród moich ulubieńców zabraknąć nie może także melancholijnego, bardzo lekkiego utworu Two Ghosts.
Just stop your crying
It's a sign of the times
Welcome to the final show
Hope you're wearing your best clothes
Słuchając płyty, nie można przejść obojętnie obok Only Angel. Spokojny wstęp piosenki sygnalizować mógłby, kolejną spokojną kompozycję. Nic bardziej mylnego. Numer ten jest świetnym rockandroll'owym kawałkiem, którego przyjemnie się słucha. Bardzo podoba mi się pełne melancholii Ever Since New York oraz otwierające album, klimatyczne Meet Me In Hallway. Ciekawie wypada również nieco folkowe From The Dining Table, zamykające płytę. Nie kupuję natomiast piosenki Sweet Creature.  Moim zdaniem jest to najsłabszy punkt krążka. Nie jest to zła kompozycja, ale odbiega poziomem od pozostałych utworów. 

Album "Harry Styles" to zbiór zaledwie dziesięciu utworów, ale za to jakich. Każdy kolejny numer wnosi coś niezwykłego, co sprawia, że tworzą one bardzo dobrą, spójną całość. Album utrzymany jest w stylistyce soft rocka, momentami połączonego z popowymi elementami. Piosenki są świetnie skomponowane, a ich produkcja stoi na bardzo wysokim poziomie. Po zapoznaniu się z płytą, śmiało mogę stwierdzić, iż Harry Styles jest bardzo świadomym i uzdolnionym artystą. Niektórzy odważnie nazywają go najmłodszym Beatles'em czy nowym Bowie'm. Ja z takimi porównaniami wolałabym się wstrzymać do przynajmniej drugiej płyty. Czy Harry przebił swojego byłego kolegę z One Direction, Zayn'a Malik'a? Cóż, z całą pewnością mu dorównał.

MOJA OCENA: ⭐⭐⭐⭐⭐
Najlepsze: Sign Of The Times, Kiwi, Woman, Two Ghosts
Najsłabsze: Sweet Creature


Lydia Land of Grafic